czwartek, 17 listopada 2016

Polska jest, była i będzie częścią ,,Christianitas" - recenzja książki G. Kucharczyka

Jedną z nowości wydawnictwa  Prohibita  jest druga część książki Grzegorza Kucharczyka ,,Christianitas". Pierwsza część, o której pisałem już na blogu, nosiła podtytuł ,,Od rozkwitu do kryzysu", nowa zaś książka dotyczy głównie tematyki polskiej a w podtytule widnieje złowrogie ,,Między Niemcami a Rosją". Nasze trudne położenie geopolityczne jest osią przewodnią najnowszej publikacji znanego historyka. 

 Kucharczyk analizuje dzieje tego sąsiedztwa, umiejscawiając je jednak w szerszym kontekście przynależności Polski do tytułowego Christianitas, wpływu chrześcijaństwa na naszą historię, roli jaką przyszło odegrać naszej ojczyźnie w europejskiej wspólnocie chrześcijańskiej oraz problemów z jakimi przyszło się mierzyć Polsce z powodu wierności Rzymowi. Podobnie jak pierwsza część, książka ta nie ma ciągłej narracji lecz jest zbiorem artykułów podzielonych tematycznie na sześć części (niektóre z artykułów ukazywały się wcześniej np. w czasopiśmie Polonia Christiana).

W pierwszej części autor poświęca uwagę głównie powstaniu styczniowemu i jego późniejszej recepcji. Stawia tutaj ciekawą tezę, że gloryfikowany często przez konserwatystów hr. Aleksander Wielopolski wcale nie był realistą! Skąd taka ocena osoby, która właśnie za ów słynny realizm była przez jednych chwalona, przez innych potępiana i oskarżana o zdradę? Kucharczyk twierdzi, że założenia co do szkodliwości wybuchu powstania, poczynione przez Wielopolskiego były słuszne, jego polityka małych kroków, polegająca na zdobywaniu u jednego z zaborców (Rosji) coraz to nowych ustępstw dla Polaków, również miała jak największy sens. Gdzie zatem pojawił się ,,błąd w obliczeniach", który sprawił, że cały plan Wielopolskiego okazał się nierealistyczny? Otóż, twierdzi autor, margrabia nie wziął pod uwagę postawy Polaków i ich uczuć, a te były w przeważającej większości pro-insurekcyjne.  Słusznie doceniany zatem przez konserwatystów za nie uleganie uczuciom i romantyzmowi w polityce, sam owych realnie występujących uczuć nie wziął pod uwagę. Kucharczyk pokazał ów paradoks w sposób godny Chestertona.

W pierwszej części prof. Kucharczyk przedstawia też skutki powstania z 1863 roku, widząc nie tylko jego negatywne strony, takie jak anty-polskie represje, przyspieszenie rusyfikacji, zastopowanie reform, czy wreszcie najbardziej groźne - zbliżenie Rosji z Prusami. Jako pozytywny skutek autor widzi wpływ powstania na świadomość państwową Polaków, twierdząc, że ,,wychowało" ono zarówno obóz sanacyjny, jak i endecki, bez względu na to jak oba ośrodki powstanie później oceniały. Rok 1863 zrodził w przyszłych, państwowotwórczych elitach, niepokorną i nieustępliwą postawę niepodległościową, bez której trudno byłoby o sukces 1918 roku.  Oprócz rozważań na temat skutków powstania znajdziemy w tym rozdziale też ciekawe omówienie recepcji styczniowej insurekcji w historiografii PRL oraz porównanie elit i sposobów budowania niepodległości w czasach II i III RP.

Druga część poświęcona jest tematyce 1000-lecia chrześcijaństwa w Polsce, a konkretnie historii obchodów millenium w Polsce komunistycznej i starcia państwa, chcącego całkowicie zlaicyzować rocznicę z Kościołem, który pod wodzą kardynała Wyszyńskiego kontratakował ,,akcją" modlitewno-formacyjną pt. Wielka Nowenna. Brzmi sensacyjnie? Żadna sensacja nie jest tak ciekawa jak historia, zwłaszcza historia państwa, które od ponad 1000 lat przynależy do wielkiej wspólnoty Christianitas i jako jedno z nielicznych jest wciąż wierne (przynajmniej po części) owemu dziedzictwu.

W trzeciej części Kucharczyk analizuje postawę tzw. lewicy laickiej (i katolickiej) wobec katolicyzmu w Polsce i de facto wykazuje, że rewizjonistyczne lub katolickie w zamierzeniu czasopisma, takie jak ,,Po Prostu" czy ,,Tygodnik Powszechny" były de facto główną tubą laicyzacji, modernizmu, posoborowego indyferentyzmu i ,,religii" postępu. Warto w tym miejscu przywołać opinie autorów ,,Po Prostu", które wcale dalece nie odbiegają od dzisiejszych antyklerykalnych wystąpień tzw. Nowej Lewicy. Pisano wówczas między innymi, że ,,katolickie pojęcie osoby jest narzędziem kontrrewolucji" (konstatacja słuszna i ze wszech miar pozytywna, tylko zapewne intencja autora była zupełnie inna), lub że ,,katolicki personalizm służy umocnieniu kapitalizmu" (ta sama sytuacja co wyżej:). Przywoływano, jakże modny dzisiaj wśród ,,młodych, wykształconych, z wielkich miast" stereotyp zacofanej, katolickiej wsi (,,pokolenie starych kobiet w chustach") i przeciwstawiano mu modernizacyjną rolę dziejową Polski Ludowej, tak jak dziś przeciwstawia się modernizacyjną rolę tzw. Polski Nowoczesnej i Europejskiej. Krytykowano ekspansję fideizmu (czyżby autorzy mieli na myśli jakąś formę agresywnego luteranizmu?), ,,znieczulającą" rolę chrześcijaństwa, a stalinizm potępiano nie za jego zbrodnie, lecz (sic!) za to, że stalinowski terror wzmocnił rolę Kościoła i przyczynił się do zjednoczenia uciskanego narodu z Rzymem.  Kucharczyk, analizując prasę z kręgu lewicy laickiej nie zapomina oczywiście o Gazecie Wyborczej, której poświęca osobny tekst, będący zwięzłym podsumowaniem tez, które autor przedstawił w swojej książce pt. Strachy z Gazety. Mamy tu zatem omówienie typowej propagandy GazWybu ze straszeniem autokracją, nacjonalizmem, ,,zagrożeniem integrystycznym" oraz polskim ,,obskurantyzmem". Jest też ciągle przewijający się motyw, który stanowi chyba sedno i sens istnienia tychże środowisk, czyli cnieustanne ,,drżenie o demokrację". Część trzecią kończy autor wyważoną (jak dla mnie zbyt wyważoną) krytyką ,,Tygodnika Powszechnego", który pismem katolickim był (jest) chyba tylko w umysłach jego autorów, tworzących wąską i właśnie fideistyczną sektę modernizmu, skrajnie nietolerancyjną dla wszystkiego co nie postępowe, zachłyśniętą Hansem Kungiem, późnym Maritainem, i de Chardinem. 

Następne trzy części książki również dotyczą Polski, ale w kontekście bardziej międzynarodowym i są według mnie znacznie ciekawsze (nie umniejszając nic rozdziałom opisanym wyżej), dotykają bowiem bardzo istotnych problemów doktrynalnych, geopolitycznych i ideowych, aktualnych również i w dzisiejszym momencie historii. Rozdział Niemcy i Rosja - razem i oddzielnie przeciwko Polsce zawiera między innymi arcyciekawą historię pruskiej i niemieckiej propagandy anty-polskiej. Według autora miała ona swój początek już na soborze w Konstancji, gdzie Jan Falkenberg dowodził, iż Polacy są łże-chrześcijanami i należy ich wytępić. Następnie w XVI wieku do kanonu niemieckich powiedzeń weszło to, jakże znamienne powiedzenie: Od Włochów dzielą nas Alpy, od Francuzów - rzeki, od Anglików - morze, od Polaków - tylko nienawiść. Niechęć do Rzeczypospolitej nie przeszkadzała Prusakom w cynicznym ,,podlizywaniu" się Polakom, kiedy Ci byli jeszcze silniejsi od dopiero rosnącego w potęgę państwa pruskiego. Fałszywemu schlebianiu towarzyszyły jakże prawdziwe pieniądze, które otrzymywali członkowie polskich elit, by zachęcić ich do wspierania sprawy pruskiej w sejmie (podobny mechanizm działa pewnie i dziś).

Jawna i coraz bardziej agresywna anty-polska propaganda zaczęła się wraz z wstąpieniem na tron króla-filozofa, czyli Fryderyka II, zwanego przez oświeceniowców, socjalistów, a później i nazistów, Wielkim. To właśnie ów pruski militarysta i antyklerykał rozpoczął zbliżenie z Rosją, którego celem było całkowite wyeliminowanie ,,polskich dzikusów", których Fryderyk nazywał ,,Irokezami". Oczywiście zanim uda się ,,Irokezów" wyeliminować, należy ich ucywilizować, a najlepiej dokonać tego poprzez przyłączenie Polski do Niemiec, gdyż przecież ,,dzikusy" nie są w stanie poradzić sobie z własną państwowością. Najśmieszniejsze w tej tragedii było to, że w polskich kręgach oświeceniowych Fryderyk II miał wielu zwolenników (podobnie jak później nie brakowało entuzjastów Stalina), wśród których brylował jeden z największych szkodników polskiej państwowości i edukacji Hugon Kołłątaj, dla niepoznaki zwany księdzem. Pisał on o Prusakach, jako o ,,narodzie z krwi naszego narodu", a Fryderyka nazywał ,,krwi jagiellońskiej dziedzicem".  Oczywiście takowe podlizywanie się nie czyniło na Prusakach/Niemcach wrażenia (tak jak nie czyni i dziś), a anty-polska retoryka tylko się nasilała. Prym w tej dziedzinie wiódł Georg Forster, którego Kucharczyk czyni (słusznie) protoplastą propagandy nazistowskiej, on to bowiem wprowadził do obiegu i spopularyzował określenia typu ,,polska świnia" i ,,polski knur". Pogarda dla Polaków sięgnęła takiego pułapu, że niemiecka prasa bez ogródek pisała iż, ,,Polak to najgorsza, najbardziej godna pogardy, najpodlejsza, najgłupsza, najbardziej plugawa kreatura pośród wszystkich małp".  Widzimy zatem, co świetnie dokumentuje Kucharczyk, że Goebbels i Himmler mieli się od kogo uczyć, zwłaszcza, że w takowej retoryce wtórowali Niemcom ich nowi przyjaciele w nienawiści do Polski - bolszewicy.  Z tej części książki dowiemy się także, jak Niemcy próbowali walczyć z Matką Boską wysyłając batalion piechoty, oraz poznamy kilka ciekawostek na temat zbliżenia Republiki Weimarskiej z bolszewicką Rosją. O tym zbliżeniu (w postaci traktatu z Rapallo),  Jan Dąbski, polski dyplomata odpowiedzialny za traktat pokojowy po wojnie polsko-bolszewickiej, mówił, że to najgorsza konstelacja, jaka mogła się przydarzyć. Miał oczywiście rację, ale też sam Dąbski był najgorszym negocjatorem, jaki mógł nam się przydarzyć. To głównie na nim spoczywa odpowiedzialność za fatalnie wynegocjowany traktat ryski. Warto w tym miejscu dodać, że demokratyczna Republika Weimarska, z laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, Gustavem Stresemannem na czele, również uważała Polskę za ,,państwo sezonowe", a sam szacowny laureat pisał, że ,,egzystencja Polski jest nie do zniesienia" i ,,Polska musi zniknąć i zniknie". W tej, najciekawszej, części książki znajdziemy też bardzo trafne podsumowanie koncepcji Mitteleuropy, która również i dziś jest motywem przewodnim niemieckiej polityki zagranicznej.


Przedostatnia część opowiada o rozmaitych odcieniach socjalizmu, gdzie najbardziej interesujący wydaje się podrozdział poświęcony Engelsowi. Kucharczyk potwierdza tezę Erica von Kuehnelt-Leddihna, że jeden ze współtwórców komunizmu, był też czołowym przykładem zjawiska, które dziś określamy mianem ,,lewicy kawiorowej". Zamożny, żyjący z odsetek od kapitału, zajmujący się głównie rozrywkami typowymi dla arystokracji, czyli polowaniami i  jazdą konną, nie był i nie jest wiarygodny jako obrońca uciśnionych. Pisząc do Marksa z Manchesteru, zamartwiał się nie losem ludu, tylko tym, że ,,przez ostatnie sześć miesięcy nie miał ani jednej okazji, by zrobić użytek ze swojej umiejętności przyrządzania sałatek z homara". Innym razem chwalił się, że jego ,,stary dał mu pieniądze na kupno nowego konia". Engels, jak wielu socjalistów dawnych i dzisiejszych po prostu gardził prostymi ludźmi, zwłaszcza tymi biednymi i mniej zaradnymi. Gardząc poszczególnymi ludźmi gardził też całymi narodami. O Irlandczykach pisał, że ,,są niewiele lepsi od dzikusów" (w dodatku uzasadniał to ich POŁUDNIOWYM charakterem!) , Polaków nazywał ,,świniami". Naśmiewał się z Meksykanów, że ,,nie wiedzą co zrobić z Kalifornią", gardził Żydami, a nawet innymi socjalistami, nazywając Ferdynanda Lassalle'a ,,Żydowskim Murzynem".  Za pogardą szło przyzwolenie na eksterminację, gdyż Engels bez ogródek przyznawał, że za eliminacją klas wyzyskujących musi iść ogólne ludobójstwo, które jest logicznym następstwem walki klas. Współczesna ,,kawiorowa lewica" nie polubiłaby też Engelsa za jego stosunek do gejów, o których pisał: ,,pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłe w państwie" i miał nadzieję, że nie dożyje czasów, gdy homoseksualizm zostanie uznany przez prawo.
W tej części ciekawy jest również tekst omawiający analogie między narodzinami włoskiego faszyzmu a pokoleniem 68, gdzie entuzjaści obu rewolucji (faszyzm to ciągła rewolucja, jak mawiali zarówno Mussolini jak i D'Anunzzio) stawiali na młodość, drwili z pokolenia swoich rodziców, byli skrajnymi antyklerykałami, przeciwnikami własności prywatnej i fascynowali się Marksem. Jedni wskoczyli w wojskowe mundury, drudzy w garnitury posłów Europarlamentu, ale mentalnie niewiele ich różniło, a wręcz można wysnuć tezę, że dobrze się stało, iż Mussolini ewoluował w stronę faszyzmu, gdyż mógł stać się włoskim Leninem i pogrążyć kraj w komunistycznej dyktaturze, która (jak pokazuje historia innych krajów) byłaby znacznie bardziej krwawa niż operetkowy faszyzm włoski. 

W ostatniej części Kucharczyk wdaje się w kilka polemik (część zatytułowana ,,Polemiczne")  bardziej lub mniej udanych. W pierwszym tekście rozprawia się z szalonym romantyzmem J.M. Rymkiewicza, poety i prozaika, który z niewiadomych przyczyn kwalifikowany jest w Polsce do autorów prawicowych, choć dla mnie jest właśnie owym romantycznym szaleńcem (co nie zmienia faktu, że jak mało kto umie w Polsce operować słowem). Kucharczyk podsumowuje swój tekst o Rymkiewiczu, zdaniem iż woli Polskę Sienkiewicza niż Rymkiewicza, w której nie brakuje wolności, ale i rozsądku. Jak bowiem na konserwatystę przystało prof. Kucharczyk uważa, że fundamentem wielkości dawnej Rzeczypospolitej nie była li tylko wolność, ale także i ład. W innych tekstach polemicznych autor krytykuje ,,realizm" Piotra Zychowicza i Rafała Ziemkiewicza odnośnie możliwego sojuszu z III Rzeszą, ale czyni to moim zdaniem powierzchownie nie przedstawiając rozsądnej alternatywy.

Podsumowując - Christianitas. Między Rosją i Niemcami, jest świetnym dopełnieniem części pierwszej i ciekawą lekturą nawet dla kogoś bardziej obeznanego w dziedzinie doktryn politycznych, ideologii i historii. W dobie zaniku samego pojęcia Christianitas i w czasach, kiedy resztki cywilizacji Zachodu ustępują przed coraz bardziej horrendalnymi pomysłami z dziedziny politycznej poprawności, warto odświeżyć swoją wiedzę o korzeniach Polski i Europy i temu właśnie służą takie książki, jak ta autorstwa prof. Kucharczyka.


Książkę do recenzji otrzymałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Prohibita i księgarni internetowej Multibook.






poniedziałek, 14 listopada 2016

,,Kresy i Bezkresy" - książka z modlitwą w tle?

Książkę ,,Kresy i Bezkresy" autorstwa Jadwigi Czechowicz dostałem w prezencie od wydawnictwa Prohibita i księgarni internetowej Multibook.

 Jest to debiut literacki autorki, która jest zarazem wnuczką głównego bohatera powieści Józefa Olsiewicza. Powieść ma formę tzw. sagi rodowej, która opisuje losy Józefa i jego licznej rodziny na przestrzeni ważnych wydarzeń historycznych w okresie 1870-1936. Nie to jest jednak w tej piękniej książce najważniejsze. Nie posiada ona bowiem fabuły w typowym tego słowa znaczeniu, nie mamy zwrotów akcji, zagadek, intryg, wydarzenia historyczne są bardziej wspominane niż traktowane jako sedno utworu. Autorka skupia się na rzeczach zwykłych - narodziny, dorastanie, młodość, zaręczyny, śluby, kolejne narodziny, śmierć i wszelkiego rodzaju emocje temu towarzyszące. Osią powieści jest zatem to, co przydarza się praktycznie każdemu człowiekowi w ciągu jego życia. Ale czy jest to banalne i zwykłe? Moim zdaniem nie, jak pisał bowiem Chesterton właśnie te ,,typowe" wydarzenia, ta rutyna życia, jest czymś najbardziej niezwykłym na świecie, darem od Boga, o którym dzisiaj, w świecie pędzącym ogromną prędkością (ale dokąd?) często zupełnie zapominamy. Skupiamy się na niezwykłościach, zapominając, że cuda są na wyciągniecie ręki, tylko musimy chcieć je dojrzeć.  


Perypetie Józefa Olsiewicza składają się właśnie z takich pojedynczych cudów. Owszem spotyka na swej drodze postaci znane z historii. Już na początku ratuje życie tajemniczego i gburowatego Ziuka (Józefa Piłsudskiego), potem spotyka przyszłego świętego A.Bessette'a z Montrealu a także słynnego kanadyjskiego malarz i ilustratora. Jednakże te postaci przewijają się jakby w tle - najważniejsze w powieści Czechowicz są emocje i opis stanu umysłu. Autorka doskonale oddała dawny sposób rozumowania Polaków w szczególności, a ludzi tamtych czasów w ogólności. Pisze o tym, jakby sama żyła w tamtych czasach, nie przesiąknięta posoborową, ekumeniczną ideologią i współczesnym modernistycznym myśleniem. Doskonałym przykładem jest tu reakcja Józefa na wrogie zaczepki Daniły, rosyjskiego osadnika na Wileńszczyźnie. Dopóki Daniło obraża Józefa, jego uczucia itd, tenże pozostaje spokojny, szuka siły w modlitwie, by nie reagować. Dopiero, gdy wróg poczyna obrażać Kościół, Józef nie może puścić tego płazem i odpowiada, co kończy się dla niego przykrymi konsekwencjami. Mamy tutaj zatem obraz czegoś, co dziś ktoś nieoczytany mógłby nazwać  obrazą ,,uczuć religijnych", wtedy jednakże była to po prostu obraza Boga i Kościoła, czyli tych wartości, które bohaterowie powieści stawiali na pierwszym miejscu, przed dobrem osobistym, ba nawet przed dobrem ojczyzny. 

Oprócz czołowych postaci, czyli Józefa i jego rodziny i przyjaciół to właśnie Modlitwa i Ojczyzna są głównymi bohaterami tej powieści. Każdy element życia postaci, każde ich działanie podparte jest modlitwą, oddaniem się w ręce Boga, pytaniem go o drogę i zawierzaniem mu swoich trosk i problemów. Nie w sposób dewocyjny, tylko po prostu naturalny, traktowany na równi z jedzeniem, piciem, czy spaniem. Modlitwa nie jest zatem tłem, jak przekornie pytaliśmy w tytule posta, jest pierwszoplanowym drogowskazem życia a autorka oddała to w sposób tak naturalny, że pozostaje jedynie wierzyć iż naprawdę tak było. Drugi bohater - Ojczyzna - jest równie ważny, ale nie w ten szaleńczy, romantyczny i powstańczy sposób, do jakiego przywykliśmy często w hurra-patriotycznej retoryce. Ojczyzna, mimo, że pod zaborami, po prostu wciąż jest. Jest nią najbliższa ziemia, zwykłe, codzienne obowiązki, język używany w domu i publicznie (z narażeniem na przykre konsekwencje), przekazywanie dzieciom historii oraz pozytywistyczna praca, cierpliwość w oczekiwaniu na wolną Polskę, a nie ,,strzelanie diamentami" do wroga. Autorka podkreśla też szczególne oddanie  Polaków Stolicy Apostolskiej, wierność papieżowi, która jest postawą bardziej rozsądną niż wyczekiwanie kolejnego Napoleona, czy rewolucjonisty, który porwie naród do walki, de facto doprowadzając do kolejnego wykrwawienia. Takie podejście sytuuje powieść Jadwigi Czechowicz w kręgu literatury konserwatywno-realistycznej, nie mającej wiele wspólnego z młodzieńczym romantyzmem i powstańczym szaleństwem. 

zdjęcie z archiwów Gettyimages. Montreal w XIX wieku. Port.
Autorka świetnie oddaje też klimat przymusowej imigracji, spowodowanej prześladowaniami, jakże aktualny w dzisiejszych czasach, ale jakże różny od tego co obserwujemy dzisiaj. Józef i Ludwik (przyjaciel głównego bohatera) są w pewnym momencie zmuszeni wyjechać z kraju. Udają się do Montrealu w Kanadzie, nie znając tam nikogo, ani nie władając obcym językiem. Mają jednak w ręku ciesielski fach, zawziętość, chęć do poznania nowego świata oraz zapał do podjęcia się każdej pracy. Te cechy oraz modlitwa prowadzą ich szczęśliwie do celu i życie na obczyźnie, choć przepełnione tęsknotą i samotnością, układa się po ich myśli. Warto dłużej zastanowić się nad tą kwestią, gdy usłyszymy głosy, że My też kiedyś byliśmy uchodźcami. Byliśmy, ale czy takimi, co koczują w obozach i czekają aż ktoś im coś da? Wątpię. 

Powieść Czechowicz ma też jeszcze jednego bohatera - Wileńszczyznę, którą autorka doskonale i ze szczegółami opisuje, co sprawia, że wręcz widzimy te wąskie, leśne dróżki, małe miasteczka, sioła, pola, moczary, przydrożne krzyże i kapliczki. Dla kogoś dopiero zapoznającego się z pięknem Kresów, jest to materiał zachęcający do dalszych fascynacji utraconą częścią Rzeczypospolitej. 

Czy książce coś można zarzucić? Z mojego punktu widzenia jedynym brakiem jest brak (😍) mapy, która mogłaby ułatwić czytelnikowi podróżowanie wraz z bohaterami. Ktoś inny powiedzieć może, że główni bohaterowie są zbyt dobrzy, zbyt cukierkowi, ale moim zdaniem jest to zarzut chybiony, gdyż zasadza się na współczesnej niewierze w dobro i równie współczesnym przesiąknięciem czytelników wszechobecną w literaturze i wciskaną na siłę zbrodnią, brzydotą i dekonstrukcją. A ta książka pozwala obcować z tym, czego tak bardzo dziś brakuje - z dobrem i pięknem.

piątek, 11 listopada 2016

Czy biali bezrobotni wybrali Trumpa?

Po wyborach w USA polityczna i kulturowa lewica zaczęła szybko tworzyć (bez żadnego poparcia faktami, czy poważnymi analizami) tezę, że Trumpa wybrali głównie bezrobotni biali, co więcej, że praktyczne wszyscy jego wyborcy to biali rasiści, albo przynajmniej głównie biali i bezrobotni rasiści (w dodatku, ,,o zgrozo", mężczyźni).
Żeby obalić te nic nie warte analizy wystarczy dokonac prostego obliczenia, na które stać nawet kogoś tak nieobeznanego z matematyką jak ja:

a) ogólna liczba oddanych głosów to ok 119 milionów co daje 37 % ogólnej populacji USA a 50% uprawnionych do głosowania czyli 240 milionów. (Ciekawy fakt - w USA jest prawie 80 milionów ludzi nieuprawnionych do głosowania)
b) z tych 119 milionów około 56 milionów zagłosowało na Trumpa.
c) w USA jest 223 miliony białych z czego (biorąc pod uwagę średnią krajową) 166 milionów jest uprawnionych do głosowania.
d) z tych 166 milionów uprawnionych zagłosowało 50% czyli 83 miliony.
e) z tych 83 milionów głosujących białych tylko 56 % zagłosowało na Trumpa - czyli 46 milionów.
f) Jasne, z naturalnych względów złożyło się to na większość jego głosów (ale dostał jeszcze 10 milionów głosów kolorowych czyli głosy białych stanowią 82% jego głosów i bez głosów mniejszości prezydentem też by nie został)
g) Bezrobocie w USA wynosi 4,9 %
h) Jeśli nawet przyjąć, że wśród białych jest takie same bezrobocie, jak wśród całej populacji (a wiemy, że jest zdecydowanie mniejsze niż wśród Czarnych czy Latynosów a trochę większe niż wśród Azjatów) to na Trumpa zagłosowało 2,2 miliona bezrobotnych białych z czego (znowu przyjmując średnią krajową) nieco ponad połowę stanowią mężczyźni.
i) zatem na Trumpa zagłosowało 1,1 miliona bezrobotnych, białych mężczyzn co daje 1,9 % wszystkich głosujących na Trumpa. Liczba 1,1 miliona jest, z powodów podanych w punkcie wyżej, liczbą zawyżoną. Co więcej, może być jeszcze bardziej zawyżona z powodu następującego: bezrobotni głosują głównie na socjalistów, więc zapewne większość z nich zagłosowało na Clinton. Ale zostańmy przy tej liczbie, bo nawet ona doskonale obrazuje stan faktyczny.


Zatem wszystkie analizy pseudo-profesorów typu Joanna Senyszyn lub Hartman i pseudo-dziennikarzy typu Paweł Strawiński czy Piotr Kraśko o ,,bezrobotnej" bazie wyborców Trumpa należy włożyć między bajki.

wtorek, 1 listopada 2016

,,Tak się nie zmyśla"

Są trzy rzeczy, które przekonują do prawdziwości Ewangelii i istnienia oraz zmartwychwstania Jezusa bardziej niż setki naukowych opracowań, badań, apologii i pism teologicznych.

Pierwsza z nich to fakt, że uczniowie opisywali zmartwychwstanie w suchych, prostych słowach, bez jakiejkolwiek pompatyczności, mitologizacji itp, jakże widocznych przy innych próbach ,,udowodnienia" prawdziwości mitu danego bohatera. Sami byli wręcz zdziwieni tym co się stało, wyraźnie podkreślali swoje niedowiarstwo i zaskoczenie. Brak tu wzniosłych słów typu ,,zszedł z nieba w blasku słońca, a jego majestat nas oślepiał". Jest proste opisanie tego, jak Jezus przyszedł i poprosił o kawałek ryby. To tak zwykłe, że aż naturalnie prawdziwe. Jakiż oszust i mitotwórca pisałby o tym, że jego Bóg, czy bohater przychodzi i brutalnie mówiąc wcina kawałek zwykłej ryby z niezbyt czystego talerza? Jaki inny falsyfikator pisałby o tym, że bezceremonialnie wkłada brudny paluch w ranę swojego Boga, żeby sprawdzić, czy to aby nie jakiś oszust?  Tą prostą prawdę potwierdza wielki mistyfikator, megaloman i utopista nowożytności - Jean Jacques Rousseau. On, który tworzył obrazy wiecznej szczęśliwości, raju na ziemi, mity tzw. ,,dobrego dzikusa", ten który wymyślił nowego boga pod postacią Woli Powszechnej, stwierdza w prostych słowach na temat Ewangelistów - ,,Tak się nie zmyśla". 

Drugi fakt - Ewangeliści piszą, że Jezus po zmartwychwstaniu objawił się najpierw kobietom i to one były pierwszymi świadkami potwierdzającymi cud. W czasach, w których rola kobiety była tak niska, że nie mogły one nawet zeznawać w sądzie, powierzenie potwierdzenia cudu właśnie im musiałoby być niewyobrażalne dla kogoś, kto chciałby całą historię zmyślić. Jej wiarygodność w oczach współczesnych byłaby znikoma i żadnego mitu na świadectwie kobiet nie udałoby się stworzyć, gdyby ów rzekomy mit nie był po prostu niepodważalną prawdą. Ewangelista kłamca umieściłby w roli świadka na pewno mężczyznę, zapewne także kogoś o znacznej pozycji społecznej itp, natomiast Ewangelista relacjonujący prawdę, napisał po prostu tak jak było.

Trzeci fakt - żadne inne wydarzenie starożytności nie zostało potwierdzone w źródłach przez tak wielką liczbę świadków, w tak krótkim czasie po jego ,,staniu się". Ewangelie podają, że zmartwychwstałego Jezusa widziało ponad 500 osób i żadne ówczesne źródło tego nie podważa, a przecież pierwsi chrześcijanie mieli wielu wrogów i jeśli fakt ten byłby zmyślony, wrogowie owi bez wątpienia od razu przedstawiliby swoją wersję wydarzeń. Poza tym wszystkie pisma zwane Ewangeliami powstają bardzo szybko po śmierci Jezusa (współczesne badania mówią, że nawet już 30 lat po tym wydarzeniu, inne, że 60 do 70 lat). W dobie przekazu mówionego jest to tępo wręcz kosmiczne, zważywszy na to, że pierwsze zachowane, pisane relacje na temat dokonań Aleksandra Wielkiego datujemy na ponad 120 lat po jego śmierci, a jakoś w istnienie Aleksandra nikt poważny nie wątpi. 


Dlaczego o tym piszę? - ponieważ te i inne, także naukowe, historyczne twierdzenia analizuje w swojej książce ,,Śledztwo w sprawie Jezusa", włoski badacz Antonio Socci. Książka, wydana w 2008 roku, jest moim zdaniem jedną z bardziej przekonywujących prób ukazania prawdziwości życia Jezusa, relacji ewangelicznych i samego Zmartwychwstania, jakie współcześnie napisano. Zwłaszcza, że w wielu miejscach opiera się na opiniach naukowców ateistów, racjonalistów, którym trudno zarzucić apologetyczne podejście.  Widać to szczególnie wyraźnie nie tylko na przykładzie Rousseau, ale także Habermasa oraz naczelnego rabina Rzymu, który właśnie badając żydowskie proroctwa dotyczące przyjścia Mesjasza nawrócił się na katolicyzm widząc, jak dokładnie sprawdzają się one w osobie Jezusa. Widać to również na przykładzie naukowców badających Całun turyński, którzy sceptycznie przystępując do badań, w większości po ich zakończeniu stwierdzali, iż ,,ręka ludzka nie mogła tego dokonać" (współczesna technika nie jest w stanie odtworzyć Całunu, zatem tym bardziej niedorzeczne wydają się teorie o jego średniowiecznym, fałszerskim pochodzeniu) a postać weń owinięta nie wyszła z niego tylko ,,wyparowała w rozbłysku, równym mocy nuklearnego wybuchu". Kwestii całunu poświęca Socci sporą część swojej książki i jest to jeden z ciekawszych jej fragmentów. Zachęcam zatem zarówno wierzących, jak i nie wierzących do przeczytania i zweryfikowania swojej wiedzy (jeśli nie przekonań) na temat historycznych źródeł dotyczących Jezusa, naukowych badań na temat Całunu i rachunku prawdopodobieństwa wypełnienia się dziesiątek proroctw w przypadku jednej, jedynej osoby. 

Święto zmarłych z dala od metropolii

W dużych miastach tłum ludzi, problemy z parkowanie, masa zniczowego kiczu, niejednokrotnie psują atmosferę tego ważnego święta, którego celem jest spokój i zaduma. Warto zatem oddalić się od większych ludzkich siedlisk i udać się do zacisznych wiosek, będących w te dni oazami piękna i spokoju (nawet jeśli nie mamy tam ,,własnych" zmarłych:













Pisarze, którzy zmarli lub urodzili się w święto zmarłych.

Skoro dziś obchodzimy święto Zmarłych, warto na blogu literackim wspomnieć  tych mniej lub bardziej zasłużonych dla literatury czy kultury :

Urodzeni 1.11

Étienne de La Boétie  (urodził się 1.11 w 1530 roku) - uważany za prekursora Locke'a i Hobbesa, jako jeden z pierwszych położył nacisk na indywidualną wolność jednostki kosztem ważności społeczeństwa, czy też jego poszczególnych, tradycyjnych grup. Rozwinął też teorię oporu wobec władzy tyrańskiej. Jego najsłynniejszym dziełem była Rozprawa o dobrowolnej niewoli.

 Jan Dantyszek (urodzony 1.11. 1485 roku) - polski duchowny, podróżnik, poeta, pierwszy polski ,,oficjalny dyplomata". Jego najsłynniejszym poematem był  Nagrobek sobie samemu.

Pedro de Rivendeneira (urodzony 1.11.1527) - hiszpański myśliciel polityczny i historyk, znany oponent Machiavellego. Jego najsłynniejszym dziełem był traktat anty-makiavelliczny pt. Traktat o religii i cnotach jakie powinien posiadać chrześcijański książę.. 

Pierre Pithou - urodzony 1.11.1539 - francuski prawnik, propagator gallikanizmu , kalwinista i kodyfikator prawa rzymskiego. Zmarł również 1.11.



Nicolas Boileau-Despréaux (ur. 1.11.1636) - członek akademii królewskiej Ludwika XIV, krytyk literacki

John Taylor - urodzony 1.11.1808 roku w USA, założyciel sekty mormonów, uważany za proroka, a jego pisma uznawane są za święte.




August Horislav Krčméry - urodzpny 1.11.1822 - słowacki działacz polityczny, duchowny ewanglicki, poeta, kompozytor i mecenas wszelkiej maści artystów słowackich.


Zygmunt Karol Gorazdowski h. Prawdzic - ur. 1.11.1845 - polski święty, wybitny kaznodzieja i działacz społęczny. Beatyfikowany przez Benedykta XVI.




 Stephen Crane - ur. 1.11. 1871 - pisarz amerykański, poeta, reportażysta wojenny, jeden z głónych twórców naturalizmu amerykańskiego. Napisał między innymi Szkarłatne Gardło Odwagi, mieszkał w slumsach, pędził cygański żywot, odwiedził Kubę, mieszkał w Anglii i relacjonował wojnę amerykańsko-hiszpańską. Przyjaźnił się z Conradem i Wellsem.

 Hermann Broch - ur. 1.11.1886 roku - austriacki pisarz, odnowiciel prozy austriackiej w XX wieku, antyfaszysta, humanista, napisał Śmierć Wirgiliego, Kusiciela i Odnowiciela. Więziony przez nazistów i uwolniony na osobistą prośbę Jamesa Joyce'a.

Karol Ludwik Koniński - ur. 1.11.1891 - publicysta i badacz kultury ludowej. Napisał min. Straszny czwartek w domu pastora, Dalsze losy pastora Hubiny, w krórtych dotykał tematów roli religii w życiu publicznym. Współpracował z najważniejszymi polskimi czasopismami tamtego okresu. 

Henri Troyat - ur. 1.11.1911 - francusko/rosyjski satyryk i biograf.

 Ida Fink - ur. 1.11.1921 - żydowska pisarka, pisząca głównie w zakresie tematyki holocaustu

 Zmarli 1.11

Harald Sinozęby zm. 1.11. 987 - król duński, który zaprowadził chrześcijaństwo w Danii, poszerzał włądztwo duńskie, podejmował liczne wyprawy w kierunku Brytanii.

Gisbertus Voetius (Voet) - kalwiński teolog zmarły 1.11.1676, napisał znaczące dzieła z zakresu teologii praktycznej i eklezjologii protestanckiej. 

Sanai Hashimoto  - zm. 1.11.1859 - japoński samuraj, jeden z epigonów gatunku, poeta i słynny lekarz. Ścięty przez trybunał cesarski za poparcie zbuntowanej frakcji politycznej.


Nikołaj Michajłowicz Przewalski  - zm. 1.11.1888 - słynny rosyjski podróżnik, reportażysta, generał, badacz, geograf, prawdziwy tzw. człowiek renesansu. Otrzymał liczne ordery państwowe i odwiedził dziesiątki krajów.

Jan Matejko - zm 1.11.1893 - jeden z najsłynniejszych polskich malarzy, twórca Pocztu Królów Polskich, Bitwy pod Grunwaldem, Hołdu Pruskiego itd. Uczył Menhoffera, Wyspiańskiego, Malczewskiego czy Tetmajera. Prawdziwa ikona polskiej kultury i sztuki.

Christian Matthias Theodor Mommsen - zm. 1.11.1903 - prawnik, historyk, poeta, laureat literackiego nobla w 1902 roku. Specjalizował się w historii Rzymu a jego największe dzieło, właśnie uhonorowane Noblem to Historia Rzymu.

Alfred Henry Marie Jarry  - zm. 1.11.1907 - francuski dramaturg, pisarz, poeta, legenda francuskiej bohemy, bohater niezliczonych opowieści i anegdot, prawdziwy bon-vivant. Zaczął pisać już w wieku 12 lat a jego najsłynniejsze dzieła to Ubu-król, Dni i Noce, Cezar-Antychryst i Nadsamiec. Zmarł w wieku 34 lat z powodu alkoholizmu i nadużywaniu innych artystycznych substancji,

Ezra Pound - zm. 1.11.1972 - amerykański krytyk literacki, tłumacz, eseista, poeta i społecznik. Wraz z T.S. Eliotem tworzą słynny tandem amerykańskiej poezji modernistycznej w ujęciu tradycjonalistycznym. Szokował używaniem potocznego języka, uczył Joyce'a i Elliota, porwał się na napisanie Pieśni, które miały być odpowiednikiem Boskiej Komedii Dantego. Oczywiście pierwowzoru nie przebił, ale niewątpliwie był jednym z najwybitniejszych literatów minionego. Oto ogromna lista jego czołowych dzieł:
  • 1908 A Lume Spento
  • 1908 A Quinzaine for This Yule
  • 1909 Personae
  • 1909 Exultations
  • 1910 Provenca
  • 1911 Canzoni
  • 1912 Ripostes of Ezra Pound
  • 1915 Cathay
  • 1917 Lustra of Ezra Pound,
  • 1918 Quia Pauper Amavi
  • 1919 The Fourth Canto
  • 1920 Umbra
  • 1920 Hugh Selwyn Mauberley
  • 1921 Poems, 1918-1921
  • 1925 A Draft of XVI Cantos
  • 1927 Exile
  • 1928 A Draft of the Cantos 17-27
  • 1933 A Draft of XXX Cantos
  • 1934 Homage to Sextus Propertius
  • 1934 Eleven New Cantos: XXXI-XLI
  • 1937 The Fifth Decade of Cantos
  • 1940 Cantos LII-LXXI
  • 1948 The Pisan Cantos
  • 1950 Seventy Cantos,
  • 1956 Section Rock-Drill, 85-95 de los Cantares
  • 1959 Thrones: 96-109 de los Cantares
  • 1968 Drafts and Fragments: Cantos CX-CXVII







Steven Runciman  - zm. 1.11.2000 - najbardziej znany historyk Wypraw Krzyżowych, piszący z pozycji sympatyzujących z Cesarstwem Bizantyjskim. Do dziś jego trzy tomowa Historia Wypraw Krzyżowych jest obowiązkową lekturą dla każdego pasjonata epoki. autorytet także w dziedzinie herezji wczesnośredniowiecznych. Na język polski przetłumaczono blisko 20 pozycji z jego obszernej bibliografii.

 

Kwiatki Marcina Lutra, czyli język i literatura reformacji

Nawiązując do kwiatków św. Franciszka, chciałbym, z okazji 500 lecia deformacji, hucznie i z niewiadomych przyczyn obchodzonego także przez współczesny Kościół katolicki przytoczyć najciekawsze ,,kwiatki" (cytaty) z pisarstwa arcykacerza Marcina Lutra, doskonale obrazujące jego nastawienie do świata, samego siebie i bliźnich. Bez zbędnych komentarzy - wczytajcie się po prostu w miodopłynne strofy płynące z ust doktora Marcina.

O papieżu: jest ,,osłem, mułem, kretem, maciorą, antychrystem". "Papież - mówi Luter - tak przepełniony diabłami, że nimi oddycha i pluje"

Rzym nazywał zawsze, "Sodomą, Babilonem, prostytutką Apokaliptyczną, stolicą Antychrysta"


Wzywał do krucjaty przeciwko Watykanowi: "Czemuż raczej nie zgładzimy ich mieczem i nie obmyjemy naszych rąk w ich krwi?"

Dominikanów nazywał: "kretami, obłudnikami, osłami, ubranymi w birety doktorskie"

Kościół katolicki tytułował "gromadą drapieżnych lwów, wieprzami Epikura, rozszalałymi libertynami, psami pragnącymi kąpać się we krwi"

Doktorzy katoliccy, kaznodzieje, spowiednicy, zakonnicy, zakonnice, to rodzaj "obrzydliwych owadów i wężów, którzy przez msze, cześć świętych i odpusty więżą u stóp słonia ludzkość całą"

Teologów Uniwersytetów Lipskiego i Sorbońskiego nazywał "kretami, obłudnikami, osłami, ubranymi w birety doktorskie"

I o Ojcach Kościoła tak samo się wyrażał. "Ojcowie Kościoła, mówi Luter, to głupcy, piszący niedorzeczności o bezżeństwie". "Ja lepiej rozumiem tekst apostolski, niż tysiąc Augustynów". "Święty Grzegorz Wielki, wykładał zasady najnierozumniejsze". "Święty Augustyn często błądził, i dlaczegóż go umieścili w rzędzie świętych, kiedy nie miał prawdziwej wiary?". "Uważam św. Hieronima za heretyka; pisał tylko głupstwa o poście i bezżeństwie, a jego dzieło przeciwko Jowinianowi jest przepełnione zgorszeniami". "Święty Bazyli także niewiele wart i nie dałbym za niego i jednego włosa". "Święty Chryzostom, to gaduła, a św. Tomasz, to potwór teologiczny"

Porażał też skromnością i chwalił się, iż od czasów apostołów świecki miecz i zwierzchność nigdy nie zostały tak dokładnie opisane i wychwalone jak przeze mnie.

O ludzie i obywatelach: Zwierzchność musi motłoch pędzić, bić, dusić, wieszać, palić, ścinać, łamać kołem, żeby się jej bano i żeby tak lud trzymany był w ryzach. Albowiem wolą Boga (…)jest aby prawa używać, praktykować je i kułakiem wymuszać. To wina diabła i papieża, że władzy nie ma i każdy robi co mu się żywnie podoba. Osioł wymaga żeby go bić, motłoch chce, żeby nim rządzić za pomocą siły. W piśmie Przeciw morderczym i zbójeckim bandom chłopskim, nawoływał by zabijać chłopów jak wściekłe psy, bo teraz nie chodzi o sprawiedliwość i miłosierdzie, lecz jest czas miecza i gniewu i każdy powinien bić, kłuć i zabijać, i książę może teraz przelewem krwi lepiej zasłużyć na niebo niż inni modlitwą 

O Arystotelesie i świętym Tomaszu pisał: Arystoteles jest niecnym przedmurzem papistów. W stosunku do teologii jest tym, czym ciemności są dla światła. Jego etyka jest najgorszym wrogiem łaski. Jest to zjełczały filozof, smarkacz, którego należy w chlewie lub stajni dla osłów, bezwstydny oszczerca, komediant. Gdyby nie istniał cieleśnie, uważałbym go (…) za prawdziwego diabła. Święty Tomasz nie rozumiał (…) nigdy ani jednego rozdziału Ewangelii, czy Arystotelesa. Słowem, niepodobieństwem jest zreformować Kościół bez wyrwania z korzeniami teologii i filozofii scholastycznej, wraz z prawem kanonicznym. 


Luter nie pozostawia na intelekcie suchej nitki, wznosząc się na ,,wyżyny” (a raczej spadając na dno) swojego wulgarnego stylu: (napisane w latach 1536-37) Rozum jest sprzeczny z wiarą. Rozum jest przeciwstawny wierze, toteż należy go poniechać; u wierzących musi on być zabity i pogrzebany. Jest on najdzikszym wrogiem Boga. (rok 1546, ostatnie kazanie o rozumie) Rozum to największa k… diabelska; z natury swojej i sposobu bycia jest szkodliwą k…; jest prostytutką, prawdziwą k… diabelską, k… zeżartą przez trąd i świerzb, którą powinno się zdeptać nogami i zniszczyć ją i jej mądrość… Rzuć jej w twarz plugastwo, aby ją oszpecić. Rozum jest utopiony i powinien być utopiony w Chrzcie… Zasługiwałby na to, ohydny, aby go wyrzucono w najbrudniejszy kąt domu, do wychodka


Znów o sobie: Jeśli św. Augustyn wszedł do nieba przez mury opactwa, to i ja na to zasługuję. Wszyscy moi bracia oddadzą mi słuszne świadectwo; pościłem, czuwałem po nocach, posuwałem często umartwienie aż do nadwątlenia mego zdrowia.
 
Do swojego polemisty, Hoogstratena pisał: Idź tedy precz, ty głupi, krwi żądny morderco! Ty, który krwią chrześcijańskich braci nasycić się nie możesz. Idź, badaj i szukaj robaków w gnoju, dopóki się nie nauczysz, co to jest błąd, co grzech i kacerstwo. Nie widziałem jeszcze dotąd większego od ciebie osła, choć chwalisz się, że przez wiele lat uczyłeś się dialektyki. 
 
O swojej nieomylności: Jeżeli wam jaki papista będzie robił korowody z powodu wyrazu „jedynie», „tylko» to powiedzcie mu tak od ręki: doktor Marcin Luter chce, aby tak było, i dodajcie jeszcze: papista i osioł jedno są; sic volo, sic iubeo, sit pro ratione voluntas. Bo nie myślimy być papistów uczniami i słuchaczami, ale ich mistrzami i sędziami; i my też chcemy trochę popysznić się i pospierać z oślimi głowami, i jak kiedyś św. Paweł chwalił się do swoich głupich świętych, tak i ja też chcę się chwalić wobec moich osłów.
  Znów o własnej nieomylności : Nie godzę się, aby nauka moja mogła podlegać czyjemukolwiek osądowi, nawet anielskiemu. Kto nie przyjmuje mojej nauki, nie może dojść do zbawienia.

O tym co należy zrobić z biskupami itp (praktyka to później potwierdziła, a dziadzia Franciszek obecnie chwali heretyków za ich postawę:)  "Lepiej jest  żeby wszystkich biskupów wymordowano, wszystkie zakony i klasztory z gruntu wykorzeniono, niż żeby jedna dusza miała zaginąć; bo jeżeli nie chcą słuchać słowa Bożego, tylko oddają się szaleństwu i wściekliźnie, to cóż sprawiedliwszego może ich spotkać, jeśli nie bunt gwałtowny, który ich całkiem wykorzeni? – a my będziemy się od śmiechu zanosili, gdy się to dziać będzie...."


I na koniec o żydach: "Cóż wy chrześcijanie macie począć z tym przeklętym i odrzuconym przez Boga plemieniem żydowskim? Znosić ich dłużej niepodobna i dlatego posłuchajcie mojej rady: – najprzód pod ich synagogę czyli szkołę podłóżcie ogień, a co się nie spali zawalcie ziemią, aby ani kamienia ani śladu po niej nie oglądał żaden człowiek na wieki, palcie i niszczcie, a kto możesz, rzucaj siarkę, lej smołę, sam ogień piekielny przydałby się bardzo; po wtóre, wywracajcie i burzcie ich domy, w których to samo się dzieje co i w szkołach; dalej, wyrzućcie Żydów od siebie, odebrawszy im karty bezpieczeństwa (czyli innymi słowy, zabijajcie ich i mordujcie jako ludzi wyjętych spod opieki prawa); dalej, wzbrońcie im lichwy, odbierzcie im pieniądze i klejnoty w złocie i srebrze; w końcu dajcie do ręki młodym żydom i żydówkom cepy, siekiery, taczki, rydle, wrzeciona, kądziele, żeby w pocie nosa (wyrażenie prawdziwie apostolskie!...) zarabiali na chleb, tylko wystrzegajcie się, żeby wam co złego nie spłatali, gdy wam będą służyć itd." 
  
I to by było na tyle, choć cytaty można takie mnożyć. Luter jest przecież nieocenioną skarbnicą wulgaryzmów i prostactwa, na miarę praktycznie niespotykaną aż do czasów odezw Marata i propagandy bolszewickiej.