czwartek, 17 listopada 2016

Polska jest, była i będzie częścią ,,Christianitas" - recenzja książki G. Kucharczyka

Jedną z nowości wydawnictwa  Prohibita  jest druga część książki Grzegorza Kucharczyka ,,Christianitas". Pierwsza część, o której pisałem już na blogu, nosiła podtytuł ,,Od rozkwitu do kryzysu", nowa zaś książka dotyczy głównie tematyki polskiej a w podtytule widnieje złowrogie ,,Między Niemcami a Rosją". Nasze trudne położenie geopolityczne jest osią przewodnią najnowszej publikacji znanego historyka. 

 Kucharczyk analizuje dzieje tego sąsiedztwa, umiejscawiając je jednak w szerszym kontekście przynależności Polski do tytułowego Christianitas, wpływu chrześcijaństwa na naszą historię, roli jaką przyszło odegrać naszej ojczyźnie w europejskiej wspólnocie chrześcijańskiej oraz problemów z jakimi przyszło się mierzyć Polsce z powodu wierności Rzymowi. Podobnie jak pierwsza część, książka ta nie ma ciągłej narracji lecz jest zbiorem artykułów podzielonych tematycznie na sześć części (niektóre z artykułów ukazywały się wcześniej np. w czasopiśmie Polonia Christiana).

W pierwszej części autor poświęca uwagę głównie powstaniu styczniowemu i jego późniejszej recepcji. Stawia tutaj ciekawą tezę, że gloryfikowany często przez konserwatystów hr. Aleksander Wielopolski wcale nie był realistą! Skąd taka ocena osoby, która właśnie za ów słynny realizm była przez jednych chwalona, przez innych potępiana i oskarżana o zdradę? Kucharczyk twierdzi, że założenia co do szkodliwości wybuchu powstania, poczynione przez Wielopolskiego były słuszne, jego polityka małych kroków, polegająca na zdobywaniu u jednego z zaborców (Rosji) coraz to nowych ustępstw dla Polaków, również miała jak największy sens. Gdzie zatem pojawił się ,,błąd w obliczeniach", który sprawił, że cały plan Wielopolskiego okazał się nierealistyczny? Otóż, twierdzi autor, margrabia nie wziął pod uwagę postawy Polaków i ich uczuć, a te były w przeważającej większości pro-insurekcyjne.  Słusznie doceniany zatem przez konserwatystów za nie uleganie uczuciom i romantyzmowi w polityce, sam owych realnie występujących uczuć nie wziął pod uwagę. Kucharczyk pokazał ów paradoks w sposób godny Chestertona.

W pierwszej części prof. Kucharczyk przedstawia też skutki powstania z 1863 roku, widząc nie tylko jego negatywne strony, takie jak anty-polskie represje, przyspieszenie rusyfikacji, zastopowanie reform, czy wreszcie najbardziej groźne - zbliżenie Rosji z Prusami. Jako pozytywny skutek autor widzi wpływ powstania na świadomość państwową Polaków, twierdząc, że ,,wychowało" ono zarówno obóz sanacyjny, jak i endecki, bez względu na to jak oba ośrodki powstanie później oceniały. Rok 1863 zrodził w przyszłych, państwowotwórczych elitach, niepokorną i nieustępliwą postawę niepodległościową, bez której trudno byłoby o sukces 1918 roku.  Oprócz rozważań na temat skutków powstania znajdziemy w tym rozdziale też ciekawe omówienie recepcji styczniowej insurekcji w historiografii PRL oraz porównanie elit i sposobów budowania niepodległości w czasach II i III RP.

Druga część poświęcona jest tematyce 1000-lecia chrześcijaństwa w Polsce, a konkretnie historii obchodów millenium w Polsce komunistycznej i starcia państwa, chcącego całkowicie zlaicyzować rocznicę z Kościołem, który pod wodzą kardynała Wyszyńskiego kontratakował ,,akcją" modlitewno-formacyjną pt. Wielka Nowenna. Brzmi sensacyjnie? Żadna sensacja nie jest tak ciekawa jak historia, zwłaszcza historia państwa, które od ponad 1000 lat przynależy do wielkiej wspólnoty Christianitas i jako jedno z nielicznych jest wciąż wierne (przynajmniej po części) owemu dziedzictwu.

W trzeciej części Kucharczyk analizuje postawę tzw. lewicy laickiej (i katolickiej) wobec katolicyzmu w Polsce i de facto wykazuje, że rewizjonistyczne lub katolickie w zamierzeniu czasopisma, takie jak ,,Po Prostu" czy ,,Tygodnik Powszechny" były de facto główną tubą laicyzacji, modernizmu, posoborowego indyferentyzmu i ,,religii" postępu. Warto w tym miejscu przywołać opinie autorów ,,Po Prostu", które wcale dalece nie odbiegają od dzisiejszych antyklerykalnych wystąpień tzw. Nowej Lewicy. Pisano wówczas między innymi, że ,,katolickie pojęcie osoby jest narzędziem kontrrewolucji" (konstatacja słuszna i ze wszech miar pozytywna, tylko zapewne intencja autora była zupełnie inna), lub że ,,katolicki personalizm służy umocnieniu kapitalizmu" (ta sama sytuacja co wyżej:). Przywoływano, jakże modny dzisiaj wśród ,,młodych, wykształconych, z wielkich miast" stereotyp zacofanej, katolickiej wsi (,,pokolenie starych kobiet w chustach") i przeciwstawiano mu modernizacyjną rolę dziejową Polski Ludowej, tak jak dziś przeciwstawia się modernizacyjną rolę tzw. Polski Nowoczesnej i Europejskiej. Krytykowano ekspansję fideizmu (czyżby autorzy mieli na myśli jakąś formę agresywnego luteranizmu?), ,,znieczulającą" rolę chrześcijaństwa, a stalinizm potępiano nie za jego zbrodnie, lecz (sic!) za to, że stalinowski terror wzmocnił rolę Kościoła i przyczynił się do zjednoczenia uciskanego narodu z Rzymem.  Kucharczyk, analizując prasę z kręgu lewicy laickiej nie zapomina oczywiście o Gazecie Wyborczej, której poświęca osobny tekst, będący zwięzłym podsumowaniem tez, które autor przedstawił w swojej książce pt. Strachy z Gazety. Mamy tu zatem omówienie typowej propagandy GazWybu ze straszeniem autokracją, nacjonalizmem, ,,zagrożeniem integrystycznym" oraz polskim ,,obskurantyzmem". Jest też ciągle przewijający się motyw, który stanowi chyba sedno i sens istnienia tychże środowisk, czyli cnieustanne ,,drżenie o demokrację". Część trzecią kończy autor wyważoną (jak dla mnie zbyt wyważoną) krytyką ,,Tygodnika Powszechnego", który pismem katolickim był (jest) chyba tylko w umysłach jego autorów, tworzących wąską i właśnie fideistyczną sektę modernizmu, skrajnie nietolerancyjną dla wszystkiego co nie postępowe, zachłyśniętą Hansem Kungiem, późnym Maritainem, i de Chardinem. 

Następne trzy części książki również dotyczą Polski, ale w kontekście bardziej międzynarodowym i są według mnie znacznie ciekawsze (nie umniejszając nic rozdziałom opisanym wyżej), dotykają bowiem bardzo istotnych problemów doktrynalnych, geopolitycznych i ideowych, aktualnych również i w dzisiejszym momencie historii. Rozdział Niemcy i Rosja - razem i oddzielnie przeciwko Polsce zawiera między innymi arcyciekawą historię pruskiej i niemieckiej propagandy anty-polskiej. Według autora miała ona swój początek już na soborze w Konstancji, gdzie Jan Falkenberg dowodził, iż Polacy są łże-chrześcijanami i należy ich wytępić. Następnie w XVI wieku do kanonu niemieckich powiedzeń weszło to, jakże znamienne powiedzenie: Od Włochów dzielą nas Alpy, od Francuzów - rzeki, od Anglików - morze, od Polaków - tylko nienawiść. Niechęć do Rzeczypospolitej nie przeszkadzała Prusakom w cynicznym ,,podlizywaniu" się Polakom, kiedy Ci byli jeszcze silniejsi od dopiero rosnącego w potęgę państwa pruskiego. Fałszywemu schlebianiu towarzyszyły jakże prawdziwe pieniądze, które otrzymywali członkowie polskich elit, by zachęcić ich do wspierania sprawy pruskiej w sejmie (podobny mechanizm działa pewnie i dziś).

Jawna i coraz bardziej agresywna anty-polska propaganda zaczęła się wraz z wstąpieniem na tron króla-filozofa, czyli Fryderyka II, zwanego przez oświeceniowców, socjalistów, a później i nazistów, Wielkim. To właśnie ów pruski militarysta i antyklerykał rozpoczął zbliżenie z Rosją, którego celem było całkowite wyeliminowanie ,,polskich dzikusów", których Fryderyk nazywał ,,Irokezami". Oczywiście zanim uda się ,,Irokezów" wyeliminować, należy ich ucywilizować, a najlepiej dokonać tego poprzez przyłączenie Polski do Niemiec, gdyż przecież ,,dzikusy" nie są w stanie poradzić sobie z własną państwowością. Najśmieszniejsze w tej tragedii było to, że w polskich kręgach oświeceniowych Fryderyk II miał wielu zwolenników (podobnie jak później nie brakowało entuzjastów Stalina), wśród których brylował jeden z największych szkodników polskiej państwowości i edukacji Hugon Kołłątaj, dla niepoznaki zwany księdzem. Pisał on o Prusakach, jako o ,,narodzie z krwi naszego narodu", a Fryderyka nazywał ,,krwi jagiellońskiej dziedzicem".  Oczywiście takowe podlizywanie się nie czyniło na Prusakach/Niemcach wrażenia (tak jak nie czyni i dziś), a anty-polska retoryka tylko się nasilała. Prym w tej dziedzinie wiódł Georg Forster, którego Kucharczyk czyni (słusznie) protoplastą propagandy nazistowskiej, on to bowiem wprowadził do obiegu i spopularyzował określenia typu ,,polska świnia" i ,,polski knur". Pogarda dla Polaków sięgnęła takiego pułapu, że niemiecka prasa bez ogródek pisała iż, ,,Polak to najgorsza, najbardziej godna pogardy, najpodlejsza, najgłupsza, najbardziej plugawa kreatura pośród wszystkich małp".  Widzimy zatem, co świetnie dokumentuje Kucharczyk, że Goebbels i Himmler mieli się od kogo uczyć, zwłaszcza, że w takowej retoryce wtórowali Niemcom ich nowi przyjaciele w nienawiści do Polski - bolszewicy.  Z tej części książki dowiemy się także, jak Niemcy próbowali walczyć z Matką Boską wysyłając batalion piechoty, oraz poznamy kilka ciekawostek na temat zbliżenia Republiki Weimarskiej z bolszewicką Rosją. O tym zbliżeniu (w postaci traktatu z Rapallo),  Jan Dąbski, polski dyplomata odpowiedzialny za traktat pokojowy po wojnie polsko-bolszewickiej, mówił, że to najgorsza konstelacja, jaka mogła się przydarzyć. Miał oczywiście rację, ale też sam Dąbski był najgorszym negocjatorem, jaki mógł nam się przydarzyć. To głównie na nim spoczywa odpowiedzialność za fatalnie wynegocjowany traktat ryski. Warto w tym miejscu dodać, że demokratyczna Republika Weimarska, z laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, Gustavem Stresemannem na czele, również uważała Polskę za ,,państwo sezonowe", a sam szacowny laureat pisał, że ,,egzystencja Polski jest nie do zniesienia" i ,,Polska musi zniknąć i zniknie". W tej, najciekawszej, części książki znajdziemy też bardzo trafne podsumowanie koncepcji Mitteleuropy, która również i dziś jest motywem przewodnim niemieckiej polityki zagranicznej.


Przedostatnia część opowiada o rozmaitych odcieniach socjalizmu, gdzie najbardziej interesujący wydaje się podrozdział poświęcony Engelsowi. Kucharczyk potwierdza tezę Erica von Kuehnelt-Leddihna, że jeden ze współtwórców komunizmu, był też czołowym przykładem zjawiska, które dziś określamy mianem ,,lewicy kawiorowej". Zamożny, żyjący z odsetek od kapitału, zajmujący się głównie rozrywkami typowymi dla arystokracji, czyli polowaniami i  jazdą konną, nie był i nie jest wiarygodny jako obrońca uciśnionych. Pisząc do Marksa z Manchesteru, zamartwiał się nie losem ludu, tylko tym, że ,,przez ostatnie sześć miesięcy nie miał ani jednej okazji, by zrobić użytek ze swojej umiejętności przyrządzania sałatek z homara". Innym razem chwalił się, że jego ,,stary dał mu pieniądze na kupno nowego konia". Engels, jak wielu socjalistów dawnych i dzisiejszych po prostu gardził prostymi ludźmi, zwłaszcza tymi biednymi i mniej zaradnymi. Gardząc poszczególnymi ludźmi gardził też całymi narodami. O Irlandczykach pisał, że ,,są niewiele lepsi od dzikusów" (w dodatku uzasadniał to ich POŁUDNIOWYM charakterem!) , Polaków nazywał ,,świniami". Naśmiewał się z Meksykanów, że ,,nie wiedzą co zrobić z Kalifornią", gardził Żydami, a nawet innymi socjalistami, nazywając Ferdynanda Lassalle'a ,,Żydowskim Murzynem".  Za pogardą szło przyzwolenie na eksterminację, gdyż Engels bez ogródek przyznawał, że za eliminacją klas wyzyskujących musi iść ogólne ludobójstwo, które jest logicznym następstwem walki klas. Współczesna ,,kawiorowa lewica" nie polubiłaby też Engelsa za jego stosunek do gejów, o których pisał: ,,pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłe w państwie" i miał nadzieję, że nie dożyje czasów, gdy homoseksualizm zostanie uznany przez prawo.
W tej części ciekawy jest również tekst omawiający analogie między narodzinami włoskiego faszyzmu a pokoleniem 68, gdzie entuzjaści obu rewolucji (faszyzm to ciągła rewolucja, jak mawiali zarówno Mussolini jak i D'Anunzzio) stawiali na młodość, drwili z pokolenia swoich rodziców, byli skrajnymi antyklerykałami, przeciwnikami własności prywatnej i fascynowali się Marksem. Jedni wskoczyli w wojskowe mundury, drudzy w garnitury posłów Europarlamentu, ale mentalnie niewiele ich różniło, a wręcz można wysnuć tezę, że dobrze się stało, iż Mussolini ewoluował w stronę faszyzmu, gdyż mógł stać się włoskim Leninem i pogrążyć kraj w komunistycznej dyktaturze, która (jak pokazuje historia innych krajów) byłaby znacznie bardziej krwawa niż operetkowy faszyzm włoski. 

W ostatniej części Kucharczyk wdaje się w kilka polemik (część zatytułowana ,,Polemiczne")  bardziej lub mniej udanych. W pierwszym tekście rozprawia się z szalonym romantyzmem J.M. Rymkiewicza, poety i prozaika, który z niewiadomych przyczyn kwalifikowany jest w Polsce do autorów prawicowych, choć dla mnie jest właśnie owym romantycznym szaleńcem (co nie zmienia faktu, że jak mało kto umie w Polsce operować słowem). Kucharczyk podsumowuje swój tekst o Rymkiewiczu, zdaniem iż woli Polskę Sienkiewicza niż Rymkiewicza, w której nie brakuje wolności, ale i rozsądku. Jak bowiem na konserwatystę przystało prof. Kucharczyk uważa, że fundamentem wielkości dawnej Rzeczypospolitej nie była li tylko wolność, ale także i ład. W innych tekstach polemicznych autor krytykuje ,,realizm" Piotra Zychowicza i Rafała Ziemkiewicza odnośnie możliwego sojuszu z III Rzeszą, ale czyni to moim zdaniem powierzchownie nie przedstawiając rozsądnej alternatywy.

Podsumowując - Christianitas. Między Rosją i Niemcami, jest świetnym dopełnieniem części pierwszej i ciekawą lekturą nawet dla kogoś bardziej obeznanego w dziedzinie doktryn politycznych, ideologii i historii. W dobie zaniku samego pojęcia Christianitas i w czasach, kiedy resztki cywilizacji Zachodu ustępują przed coraz bardziej horrendalnymi pomysłami z dziedziny politycznej poprawności, warto odświeżyć swoją wiedzę o korzeniach Polski i Europy i temu właśnie służą takie książki, jak ta autorstwa prof. Kucharczyka.


Książkę do recenzji otrzymałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Prohibita i księgarni internetowej Multibook.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz