środa, 11 stycznia 2017

Dzieje kapitalizmu czy kapitalizmu państwowego? - recenzja ksiązki Jakuba Wozinskiego.




Na targach książki, które odbyły się we Wrocławiu w grudniu ubiegłego roku, otrzymałem od wydawnictwa Prohibita książkę Jakuba Wozinskiego ,,Dzieje Kapitalizmu”. Jako, że jest to dzieło sporych rozmiarów, dokładna analiza treści zajęła mi ponad miesiąc, ale od razu zaznaczam, że było warto poświęcić uwagę, ponieważ jest to zdecydowanie najciekawsza książka jaką przeczytałem w 2016 roku. Zazwyczaj, podczas przygotowywania recenzji zaznaczam sobie najbardziej interesujące fragmenty ołówkiem, dopisuję komentarze na marginesie lub stawiam wykrzykniki – i zazwyczaj, w książce liczącej np. 250 stron, takich uwag mam kilkanaście. Tutaj przyjęta metoda spowodowała, że recenzja powstawała znacznie dłużej, gdyż praktycznie co 2-3 strony pojawiała się treść tak istotna, iż uznawałem, że należy ją koniecznie zaznaczyć. W rezultacie cała, licząca 620 stron samego tekstu (bez map, ilustracji i bibliografii), książka Wozinskiego, poznaczona jest niezliczonymi wykrzyknikami, podkreśleniami i uwagami. Odnosząc się do samej treści, zacznę od uwag ogólnych.

   Jest to bez wątpienia książka przełomowa jeśli chodzi o polski rynek wydawniczy i badania nad kapitalizmem. Jeszcze nikt nie zastosował tak kompleksowego, a zarazem tak przystępnego podejścia do trudnej przecież tematyki. Ze spójnym i dobrze zaplanowanym wywodem łączy się ogromna ilość podanych faktów, historyjek, interpretacji i anegdot, która sprawia, że książka ,,żyje”. Oprócz analiz ogólnych, historiozoficznych, czy tych z dziedziny myśli ekonomicznej otrzymujemy w tym eleganckim opakowaniu również historie narodzin i upadku państw, rodów, fortun prywatnych, oglądamy sieci spisków i tajnych porozumień oraz podróżujemy razem z bankierami i zdobywcami.

   Dużą zaletą jest też to, że ,,Dzieje Kapitalizmu” wywołują liczne kontrowersje, nawet u czytelnika ,,z prawej półki”. Autor prowokuje, zmusza do myślenia, odpowiadania na swoje argumenty, czasem irytuje (o czym niżej) i często zachwyca. Już sam tytuł jest, w stosunku do treści, bardzo kontrowersyjny, a jak dla mnie także nie do końca trafiony. Książka powinna się bowiem nazywać ,,Dzieje kapitalizmu państwowego”, bo to głównie o nim pisze Wozinski. Zresztą we wstępie wyjaśnia kluczowe pojęcia i przeciwstawia sobie wolny rynek, czyli właśnie tytułowy kapitalizm oraz kapitalizm państwowy, czyli system, w którym kapitał (głównie średni i wielki) jest w stanie wpływać na gospodarkę, handel, losy ludzi i państw głównie dzięki tychże państw interwencji. Karty książki są właściwie zapisem historii tej drugiej wersji kapitalizmu i moim zdaniem powinno się po prostu stosować terminologię ,,wolny rynek” vs. ,,kapitalizm”, gdzie to drugie pojęcie oznaczałoby właśnie system gospodarczy, w którym kapitał jest gromadzony przez różne podmioty głównie na podstawie państwowych pozwoleń, koncesji czy ułatwień. Autor natomiast stosuje zamiennie pojęcia wolnego rynku z kapitalizmem, mimo że książka opowiada praktycznie wyłącznie o kapitalizmie państwowym. Wolny rynek występuje w niej raczej jako niedościgniony wzór, bezustannie, już od wieków średnich (czyli od momentu swojego powstania) prześladowany, pomniejszany, spychany w kąt przez rozmaite państwowe regulacje, ekspansję podmiotów posiadających państwowe uprawnienia, ingerencje rządów lub instytucji z rządami współpracujących i dzięki rządom istniejących.

    Autor sam zresztą wpadł we własną pułapkę dobierając taki a nie inny tytuł. Przez cały tok narracji postuluje bowiem, żeby nie obciążać kapitalizmu (czyli jego zdaniem wolnego rynku), grzechami i winami zdegenerowanego kapitalizmu państwowego, po czym przyjmuje dla swojego dzieła właśnie miano ,,Dziejów Kapitalizmu”. Prawda, że zawiłe i mało trafione?

  Wracając jednak do pozytywów, których jest zdecydowanie więcej – sednem książki jest ukazanie procesów i udowodnienie, że za wszystkimi degeneracjami gospodarczymi w dziejach, takimi jak kryzysy, rewolucje, socjalizm czy komunizm stoi nie mityczna ,,niewidzialna ręka rynku”, tylko potężny organizm, który jej działania non-stop hamuje, wypacza i mutuje. Tym organizmem jest wszechwładne państwo, którego owa wszechwładza rośnie bezustannie już od późnego średniowiecza, czyli od momentu,        w którym dziesiątki i setki małych, słabych i mniej ludnych państewek, księstw czy samodzielnych miast były zastępowane przez  gęściej zaludnione, większe i obdarzone szerszymi kompetencjami państwa narodowe. Ich władcy, próbujący spełnić coraz więcej przyznanych sobie obowiązków musieli czerpać coraz większe środki na ich spełnienie. A skąd brać owe środki? Rozwiązanie było, jest i niestety wciąż, jak na razie, będzie proste acz fatalne w skutkach: fałszowanie monety przeradzające się później w coraz to nowe instrumenty inflacyjne, takie jak kreacja pustego pieniądza oraz nieustannie rosnące podatki. Do tego dochodziły i dochodzą jeszcze państwowe koncesje i monopole przyznawane firmom, rodom i instytucjom, które zapewniały wciąż potrzebującemu gotówki państwu, jej ciągły dopływ. W tenże oto sposób kształtował się destrukcyjny mechanizm inflacyjny, na którym dzisiaj opierają się gospodarki praktycznie wszystkich państw.
     Od czasu powstania Banku Anglii proceder ów zaczął zataczać coraz szersze kręgi i model centralnego, zmonopolizowanego praktycznie przez państwo, dodruku pieniądza przyjmowały kolejne kraje. Z początku, przy zachowaniu parytetu złota i rozległego imperium kolonialnego Wielka Brytania mogła jeszcze ukrywać negatywne skutki polityki inflacyjnej, bądź przerzucać je w dowolne miejsce na świecie, z czasem sama stała się ofiarą notorycznego zadłużania, natomiast miano czołowego ,,przerzucacza” przeszło na rzekomą oazę wolnego rynku czyli Stany Zjednoczone. Państwo to, mimo rzeczywistych, wolnorynkowych korzeni, jest dziś czołowym twórcą kryzysów ekonomicznych, kreacji pustego pieniądza i długu. W procesie tym uczestniczy oczywiście głównie rząd, wspomagany przez banki, maklerów, czy inwestorów giełdowych, którzy na istnieniu pustego pieniądza i na handlu długiem zarabiają największe pieniądze. Wozinski słusznie stwierdza, że patologiczne sytuacje wynikające z takowej polityki państwa i banków nie istniałyby w warunkach rzeczywistej wolnej konkurencji, odbywającej się bez faworyzowanych przez rząd instytucji finansowych. Tymczasem, w propagandzie lewicowej, socjalistycznej i wcześniej komunistycznej, to właśnie polityka banków uznawana jest za wytwór kapitalizmu i wolnego rynku, tak samo jak kryzysy finansowe. Marksiści i lewicowi ekonomiści słusznie dostrzegają zło płynące dla świata z tego typu działań, lecz zupełnie błędnie identyfikują jego źródła wskazując na wolny rynek, zamiast na szkodliwą działalność, czy w ogóle istnienie scentralizowanego państwa z jego przerośniętym aparatem rządowo-finansowym.

            Oprócz doskonałego udokumentowania powyższej tezy i prześledzenia jej wszystkich etapów, od pożyczek bankowych i monopoli na wydobycie surowców w późnym średniowieczu, przez powstawanie banków centralnych, giełd, aż po najnowocześniejsze instrumenty finansowe, Jakub Wozinski obala też wiele mitów narosłych wokół rzekomych zbawców wolnego rynku, takich jak Margaret Thatcher, Ronald Reagan, czy Milton Friedman. Opisując ich pro-inflacyjną politykę, stawia  wymienione postaci jedynie trochę wyżej niż Keynsa czy Roosvelta. W swojej ostrej ocenie trochę przesadza, gdyż mimo stosowania mechanizmów inflacyjnych zarówno Reagan jak i Thatcher wprowadzali wiele wolnorynkowych zmian od obniżenia podatków po likwidację dotowanych przez państwo branż przemysłu, prywatyzację lub ograniczenie socjalu. Jednakże ich hurraoptymistyczna ocena dokonywana przez współczesne środowiska wolnościowe powinna, pod wpływem lektury Wozińskiego, ulec pewnej, krytycznej weryfikacji.

           
Niewątpliwą zasługą autora jest też wskazanie mechanizmu finansowania najbardziej szkodliwych reżimów przez USA, czy Niemcy. Zarówno niemieccy, jak i amerykańscy finansiści poświęcili wiele czasu i środków na dotowanie rosyjskich rewolucjonistów, co później odbiło się obu donatorom wieloletnią czkawką. Czytając ,,Dzieje Kapitalizmu” w ogóle można dojść do wniosku, że USA to państwo od lat prowadzące najbardziej absurdalną politykę zagraniczną na świecie, w dodatku wielce szkodliwą oraz skrywaną pod płaszczykiem szczytnych haseł. Amerykańska finansjera najpierw dotowała rewolucję komunistyczną, by potem z nią zawzięcie i kosztownie walczyć. W ten sposób uratowano istnienie komunizmu dwa razy, najpierw wspierając go finansowo na samym początku, a potem uruchamiając program Lend-Lease podczas drugiej wojny światowej, bez którego Stalin poniósłby niewątpliwą klęskę w wojnie z Hitlerem (też zresztą początkowo dotowanym z USA!). Podtrzymany przy życiu komunizm stał się z czasem amerykańskim wrogiem numer jeden i wtedy dla odmiany zaczęto finansować min. islamskich bojowników, którzy to z kolei, po upadku ZSRR, sami stali się nowym wrogiem numer jeden. Wówczas zaczęto ,,wprowadzać demokrację” w państwach islamskich, jeszcze bardziej ułatwiając zdobycie władzy anty-amerykańskim radykałom muzułmańskim. I wszystko to pod hasłami wolności i dobrobytu, co tylko potwierdza tezę H.H. Hoppego, mówiącą, że najbardziej liberalne wewnętrznie państwa są najbardziej ekspansywne i pro-wojenne na zewnątrz (tezę tą autor przywołuje niejednokrotnie i doskonale tłumaczy min. na przykładzie indolencji ZSRR w sprawie bezpośrednich inwazji w całym okresie zimnej wojny).  Dodając do tego jeszcze fakt, że właściwie wszelkie ruchy rewolucyjne żerowały ideowo na hasłach oskarżających rzekomy, amerykański dziki kapitalizm o wywoływanie biedy na świecie (a tymczasem kryzysy wywoływały wspierane przez państwo monopolistyczne instytucje finansowe), otrzymujemy obraz Stanów Zjednoczonych jako czołowego, światowego destruktora, który z rzeczywistej oazy wolnego rynku przerodził się w międzynarodowe centrum destabilizacji i zadłużania.

          Warto jeszcze zwrócić uwagę na istotny fakt, podawany przez autora, a notorycznie wykorzystywany do krytykowania kapitalizmu przez rozmaitej maści lewicowców i socjalistów. Monopole. Woziński analizuje zjawisko na przykładzie powstającego w rzeczywistych warunkach wolnej konkurencji, imperium Rockefellera. Jego firma naftowa zdobyła, bez państwowych pożyczek, dotacji i wsparcia nieoficjalnego, pozycję lidera rynku. Ale nawet wówczas, w sytuacji kiedy Rockefeller posiadał prawie 85% rynku, nie był żadnym monopolistą, gdyż w takich warunkach monopol nie jest w stanie powstać. Nowe firmy wymyślają innowacje odbierające klientów liderowi a i samo istnienie lidera jest korzystne dla klientów, gdyż działania Standard Oil doprowadziły do kilkukrotnego i radykalnego obniżenia cen paliwa! Dopiero tak zwana ustawa ,,anty-monopolowa”, czyli de facto działanie zazdrosnego o wpływy państwa, doprowadziła do zniszczenia dobrze prosperującej firmy, szybkiego wzrostu cen i sztucznej zmowy cenowej nowo powstałych, wspieranych przez państwo spółek. Dodatkową konsekwencją był zwrot Rockefellerów w stronę współpracy z rządem i przeniesienie koncentracji uwagi na uzyskiwanie zysków z instrumentów inflacyjnych, a nie z uczciwego handlu. Zatem rzekome działanie anty-monopolowe państwa spowodowało zakłócenie w wolnym rynku i sztuczne wzrosty cen oraz pompowanie kolejnych baniek spekulacyjnych. Zresztą samo słowo monopol przynależy wyłącznie do sfery państwa, a nie wolnego rynku, gdyż bez ingerencji rządu żaden podmiot nie jest w stanie i nigdy tego nie dokonał, zdobyć 100% danego rynku. Jedynie właśnie monopole przyznawane przez państwo, najpierw na wydobycie surowców (np. soli), a potem choćby na druk pustego pieniądza (wszystkie banki centralne) potrafiły zakłócić naturalną równowagę i doprowadzić do całkowitego zawłaszczenia danej domeny przez konkretny podmiot.

         Opisując procesy finansowe, Wozinski nie uniknął jednak pewnych błędów. Krytykując marksizm, centralizm, ingerencję państwa, czy socjalizm, sam wpadł w pułapkę typowo marksistowskiego determinizmu materialistycznego, wszystko tłumacząc ekonomią i zupełnie nie doceniając roli religii i idei, lub je znacznie pomniejszając. Widać to zwłaszcza przy opisie reformacji, gdzie autor słusznie zauważa brak wpływu myśli reformacyjnej na rozwój państw kapitalistycznych (obalając obaloną już 100-krotnie nie popartą dowodami tezę Maxa Webera o rzekomym szybszym rozwoju państw protestanckich nad innymi), jednakże tak samo nie docenia ogólnie wpływu idei reformatorów na rzeczywistość, marginalizując je i sprowadzając analizę li tylko do ekonomii, finansów itp. Podobne ,,ukłucie materialistyczne” przewija się na kartach książki niejednokrotnie, chociażby w części poświęconej rewolucji francuskiej, średniowieczu itd. Widać, że teologia, idee polityczne i głębsze zrozumienie ich złożonego wpływu na rzeczywistość nie są mocną stroną autora, co zgrabnie ukrywa pod znakomitą erudycją ekonomiczną.

         Konserwatywnych czytelników razić też może wyjątkowa, zbliżona do komunistycznej, pogarda dla szlachty i arystokracji. Autor określa te grupy społeczne (s. 133), jako „stroniące od pracy i żyjące wyłącznie z instytucji państwa”, co jest zdecydowanym nadużyciem intelektualnym. Szlachta, rycerstwo i arystokracja, mimo późniejszej, faktycznej degeneracji ideowej, która zresztą doprowadziła do ich upadku, pełniły ważną funkcję społeczną, państwowo-twórczą i kulturową.      To właśnie szlachta, w każdym powstającym państwie, była grupą inicjującą owego państwa powstanie. Była też gwarantem ograniczenia władzy centralnej, ponieważ jej nastawienie wolnościowe w naturalny sposób prowadziło do hamowania zapędów króla, księcia, cesarza itp. (dla przykładu przywołać można choćby słynne hiszpańskie fueros - prawa kardynalne, na które przysięgać musiał każdy kolejny król). Dodatkowo zarzut mówiący o ,,stronieniu od pracy” jest całkowicie chybiony. Czyż ochrona obywateli, narażanie życia w bitwach i bronienie granic nie jest pracą? Jeśli tak, to policjanci, strażacy i żołnierze wszystkich krajów również od niej stronią. ,,Życie z instytucji państwa” też słabo wygląda w konfrontacji z faktami. Po pierwsze korzystanie z instytucji, którą się chroni własnym życiem jest raczej naturalne, po drugie to właśnie szlachta tworzyła te instytucje, a potem w dużej części utrzymywała. Dodatkowo w wielu krajach rycerstwo i szlachta zajmowały się rolnictwem, co też jest pełnoprawnym rodzajem pracy, a przedstawiciele tych stanów pełnili dodatkowo liczne, istotne urzędy wpływające na ogólne funkcjonowanie życia politycznego. 
      Powyższe uwagi krytyczne nie wpływają oczywiście znacząco na ogólną, bardzo pozytywną ocenę książki, która jak już wspomniałem jest na pewno najważniejszą książką przeczytaną przeze mnie w ubiegłym roku (a trochę się tego uzbierało). Nie najładniejszą, nie najlepiej napisaną (z prozą ciężko wygrać), ale na pewno najważniejszą. Przedstawienie w ciekawej, przystępnej i nowatorskiej formie tak ważnego fenomenu jakim są relacje wolnej woli człowieka, przedsiębiorczości, ingerencji państwa, wpływu tajnych układów i roli instytucji finansowych w powstawaniu i upadaniu państw oraz cywilizacji wymaga niesamowitej wiedzy, erudycji i pasji, co w 100 procentach pokazał właśnie Jakub Wozinski. Moim zdaniem sprawia to, że ,,Dzieje Kapitalizmu" powinny być obowiązkową lekturą nie tylko dla pasjonatów zagadnienia ale dla studentów wszystkich kierunków ekonomicznych i humanistycznych. Niestety do tego równie daleka droga jak do odtworzenia kapitalizmu wolnorynkowego (tzn. po prostu wolnego rynku) w miejsce kapitalizmu państwowego (tzn. po prostu innej formy socjalizmu). Jednak takie lektury właśnie przyczyniają się do wzrostu świadomości (na szczęście nie klasowej) i może z czasem i ten zdegenerowany system upadnie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz