poniedziałek, 24 lipca 2017

,,Warkot" - powojenny Wrocław, krew i humor.


Na tegorocznych Dniach Fantastyki we Wrocławiu nabyłem, ze znakomitą, konwentową zniżką 1,60 zł od ceny okładkowej, debiutancką powieść Jarosława Rybskiego o wdzięcznym tytule ,,Warkot”.  Przy tej okazji można postawić pytanie dlaczego w ogóle kupuje się debiuty literackie? Moim zdaniem odpowiedzi są trzy:
a) autor jest znany skądinąd – bądź z innej branży, bądź z zupełnie innego gatunku pisarstwa;
b) ktoś skutecznie książkę polecił;
c) fajna okładka. 
W wypadku „Warkotu” wystąpiły wszystkie trzy czynniki:
a) autor był mi znany z licznych tłumaczeń, choćby świetnej biografii Toma Waitsa, czy jeszcze lepszej książki o dyplomacji Watykanu wobec III Rzeszy napisanej przez Marka Rieblinga, lub wielu komiksów, np. tych o Punisherze i Wolverine, które przekładał pod wdzięcznym pseudonimem OrkaNaUgorze:);
b) książkę, przy użyciu facebookowego spamu, poleciła mi Szanowna Małżonka autora, z którą miałem kiedyś przyjemność pracować i jej zainteresowania literackie raczej wzbudzały zaufanie;
c) okładka jest fajna. Ilustracje w środku też.

Oczywiście taki zestaw nie czyni z automatu każdej nowej książki wartościową, ale w tym wypadku jest całkiem nieźle. Przed przystąpieniem do lektury miałem jedną, małą obawę – zazwyczaj książki pisane przez tłumaczy są mało oryginalne, sprawiając wrażenie jakby pozlepianych z różnych stylów i klimatów. W przypadku ,,Warkotu” (czy może ,,Warkota”, bo to w końcu nazwisko głównego bohatera a nie nazwa odgłosu?) nie jest tak źle choć stylem książka trochę przypomina bardziej wymagającą wersję prozy Andrzeja Pilipiuka – podobny jest zarówno humor, jak i narracja, co w cale nie jest zarzutem, tylko umiejscowieniem powieści Jarosława Rybskiego w kategorii lekkiej i przyjemnej literatury rozrywkowej, posiadającej jednak też drugie, głębsze dno..
O czym jest w skrócie książka? Akcja toczy się na początku lat 50-tych w powojennym Wrocławiu, w którym nowi mieszkańcy próbują układać sobie życie w ciężkich warunkach politycznych i materialnych. Grupa bohaterów pochodzących z różnych warstw społecznych, w tym tytułowy Jan Warkot, stara się rozwiązać zagadkę tajemniczego mordercy, który grasuje we Wrocławiu. Nie jest to jednak typowy kryminał, ponieważ kto zabija, dlaczego i jak, dowiadujemy się już mniej więcej w 1/3 książki, co nie oznacza, że dalsza część jest mniej ciekawa – starcie sił dobra z siłami zła będzie trzymało w napięciu aż do samego końca.


Za udany uważam zabieg wprowadzenia elementów nadprzyrodzonych, które ciekawie kontrastują z ,,racjonalistyczną religią panującą”, czyli komunizmem. Reakcje zatwardziałych ateistów i pogromców zabobonu, postawionych twarzą w twarz z niematerialnym złem (lub dobrem) są jednym z najbardziej wartościowych elementów książki, stawiając odwieczne pytania o sens istnienia zła, ludzkie motywacje i szeroko pojętą metafizykę. Dobrze wplecione w fabułę są też krótkie, ale treściwe rozważania natury cywilizacyjnej, kiedy autor pokazuje mechanizmy działania rewolucji, obnaża wady materializmu dialektycznego, czy pokazuje różnice kulturowe między Polską przed a po wojenną. Mankament stanowi natomiast bardziej ogólny klimat nadany przez autora stricte epoce stalinowskiej. Marek Krajewski napisał, że zawarte w książce opisy stalinowskiego Wrocławia są ,,soczyste i przerażające", co moim zdaniem jest zupełnie nie trafione. Przeciwnie, są one zbyt humorystyczne – autor naśmiewa się z niewątpliwych idiotyzmów początku lat 50-tych, ale przez to książka jest w tej warstwie ahistoryczna, nieumyślnie fałszuje obraz czasów. Pod całym tym śmieszkowaniem przewija się gdzieniegdzie zdanie, że ludzie znikają bez śladu, że czerwonoarmiści plądrowali, że świadków się torturuje itp., ale czytając odnosiłem wrażenie, że stalinizm to głównie był wielki chaos i nieudolność, zarządzany przez idiotów i nieudaczników, a tymczasem był to zaplanowany na Kremlu, najgorszy z możliwych, system zorganizowanego ludobójstwa i dehumanizacji całych klas i społeczeństw, system niewolniczego wyzysku, gdzie często nie było nawet czasu i sił na jakiekolwiek poczucie humoru, bo jedyną emocją był strach. Autor trochę pomylił epoki i przeniósł bareizmy z okresu po-odwilżowego w najgorszą, stalinowską noc.
Zajmująca jest natomiast warstwa topograficzna książki – szczegółowe opisy tego, jak bardzo Wrocław był zrujnowany, jak wyglądały wtedy skwery, place i ulice i jak ludzie doprowadzali zniszczone miasto do stanu używalności, pomimo utrudnień ze strony Warszawy, dla której Wrocław, czyli ,,ziemie tymczasowo odzyskane” stanowił głównie magazyn cegieł. W opisach tych czuć zarówno nostalgię przybyłych do Wrocławia kresowiaków, męczące wrażenie owej tymczasowości, jak i przemożną chęć stabilizacji i spokoju po latach wojny. Uchwycenie tej niepowtarzalnej, wrocławskiej specyfiki udało się autorowi znakomicie - w dodatku świetnie komponuje się to z informacjami na temat życia codziennego: dowiemy się jak ludzie jedli, co pili, w jaki sposób mówili i co akurat było szczytem mody w kwestii ubioru.
Ciekawe jest też przedstawienie głównego wątku fantastycznego – w dzisiejszym natłoku kiczowatych niekiedy historii o wilkołakach, wampirach, zombie itp., powieść Rybskiego ujmuje temat zupełnie inaczej, dość nowatorsko, gdzie elementy rzeczywiście super-naturalne autor zgrabnie łączy z odwiecznymi atrybutami zła, takimi jak żądza władzy, chęć wzbudzenia strachu, poniżenia drugiego człowieka i odebrania mu godności. Mam nadzieję na to, że autor będzie owe wątki kontynuował w następnych książkach, poprawi natomiast jedną, niezwykle denerwującą rzecz, mianowicie nazywanie bohaterów. Jest to zresztą częsty mankament debiutantów  - próbują oni nadawać nazwiska bohaterom w powiązaniu z cechami, które owi prezentują. I tak np. gość będący uległym wobec władzy nazywa się Podatny, bohater zmieniający się w słup ognia nazywa się Słupecki itp. Miało być w zamiarze zabawnie a wzbudza to co najwyżej ironiczny uśmiech. Te niewielkie mankamenty nie wpływają jednak na ogólnie pozytywne wrażenia po lekturze debiutu Jarosława Rybskiego – widać, że także z tłumacza może być dobry i oryginalny pisarz, co na pewno potwierdzą kolejne powieści jego autorstwa, po które chętnie sięgnę już bez niczyjego polecania. 

niedziela, 2 lipca 2017

,,Iskry Boże" Grzegorza Brauna - ściąga z historii Polski dla każdego (według świętych pisana)


Jako, że zawsze z chęcią sięgam po książki Grzegorza Brauna, choćby po to żeby w niektórych kwestiach się z nim nie zgodzić, to tym chętniej zabrałem się do najnowszej pozycji tegoż autora, którą otrzymałem od Wydawnictwa Prohibita, standardowo wydającego Brauna. Elegancko wydana i pięknie zilustrowana (przez Jacka Widora), niewielka objętościowo książka nosi tytuł Iskry Boże i jest, jak zaznacza sam autor skromnym brykiem, ściągą, czy też niezapominajką z historii Polski.   W zamierzeniu miał to być scenariusz na historyczny serial animowany, przedstawiający dzieje naszego kraju przez pryzmat świętych i błogosławionych. Pomysł ekranizacji upadł, powstały za to drukowane Iskry Boże.
     Podczas spotkania promocyjnego (materiał wideo obejrzeć można TUTAJ) Grzegorz Braun uzasadniał przyjętą perspektywę, tym, że zazwyczaj historię Polski, także w narracji patriotycznej, pokazuje się w kontekście królów, książąt, ludzi sztuki i kultury, nawet hetmanów, polityków, czy zwykłych rozbójników, jakże często zapominając, bądź pomniejszając rolę świętych i błogosławionych. Takie podejście to właśnie wynik świeckiej narracji spod znaku Kołłątaja i Komenskiego, która całkowicie opanowała polską edukację od czasów Komisji Edukacji Narodowej, której to negatywnym skutkom poświęcił Braun sporo miejsca w Stałych Wariantach Gry. Wszystkie główne nurty od prawa do lewa, łącznie z narodowcami, czy Żoliborską grupą rekonstrukcji historycznej sanacji, jak autor nazywa obecny obóz rządzący, kultywują właśnie ściśle świecką historiografię Polski, mimo tego, że często (narodowcy i obóz rządzący) powołują się na chrześcijańskie dziedzictwo cywilizacyjne.
W takim podejściu do historii święci otrzymują rolę poboczną i jak twierdzi autor – ich dzieje i działalność traktowana jest trochę jak  olimpiada dla niepełnosprawnych.  Niepełnosprawni – to oczywiście święci, o dziwo także w patriotycznej relacji. A są oni przecież obiektywnie istotni w historii kraju i narodu, który swój początek ma w akcie chrztu dokonanym przez Mieszka – pierwszego księcia Polski. Jednakże Mieszko nie dokonał tego sam – ktoś musiał mu wiarę pokazać, skłonić do refleksji (ani ja ani autor nie pomijamy oczywiście politycznego kontekstu, nie zapominając jednak o religijnym), a wreszcie ochrzcić, następnie utwierdzając w nowo przyjętej wierze, by nie została ona jeno czczym symbolem, tylko miała wpływ na przyszłe losy państwa Polan.
        Braun nazywa świętych wyciągniętymi przez Pana Boga na czwórkę z plusem, co moim zdaniem, w sposób humorystyczny, idealnie oddaje definicję tego czym jest sama świętość – działaniem doskonałego Boga, poprzez czyny niedoskonałych ludzi. I właśnie Ci niedoskonali ludzie są głównymi bohaterami książki Iskry Boże. Będącemu zazwyczaj bohaterem opowieści o początkach Polskiej świetności Chrobremu, autor ,,dodaje” niezbędnik w postaci św. Wojciecha, bez którego nasz pierwszy król, prawdziwy tough-guy, nie osiągnąłby tego co osiągnął, a jego misja cywilizacyjna nie miałaby tak szerokiego zasięgu. Św. Stanisław to z kolei symbol rozdziału władzy świeckiej od duchowej, która to idea zrodziła się tylko w obrębie cywilizacji katolickiej. Protestantyzm zeświedczał władzę duchową, przekazując najwyższe jej sprawowanie królowi, bądź księciu etatyzując wszelkie dziedziny życia i powoli je laicyzując, natomiast prawosławie unifikowało obie władze w teokratyczny typ zarządzania z boskimi atrybutami cara na czele. Nie wspominając oczywiście o judaizmie i islamie, gdzie prawo religijne warunkuje wszelkie przejawy ludzkiej aktywności, ,,talmudyzując”, bądź ,,szariatyzując” wszelkie inne prawa. Liberalizm i socjalizm, tak różne pod wieloma względami, tutaj z kolei, pod pretekstem rozdziału państwa od Kościoła, spychają Kościół na boczny tor, sekularyzując również te domeny ludzkiego istnienia, które wcześniej przynależały do sfery religijnej, a w skrajnej formie (komunizm i nazizm) pojawia się ubóstwienie państwa, rasy, klasy, czy narodu, które ma totalnie zastąpić religię nadprzyrodzoną, kultem bytów świeckich. Autor wyraźnie zwraca uwagę na to, że to właśnie Kościołowi Polacy
(i inne narody również) zawdzięczają wynalazek personalizmu, czyli chrześcijańskiego indywidualizmu, praktycznie nie występującego w innych cywilizacjach, gdzie człowiek zawsze jest wchłaniany w jakiś całościowy byt, bądź przeciwnie - stawiany całkiem sam pośrodku chaosu. 

    W kolejnych rozdziałach Braun pokazuje, jak instytucja Kościoła i jej ,,superbohaterowie” czyli święci właśnie, spełniali w Polsce rolę cywilizacyjną, czy to dbając o edukację, dobroczynność, czy też utrzymując ideę państwową w czasie rozbicia dzielnicowego, bądź prowadząc ewangelizację na zewnątrz, przyczyniając się tym do powiększania terytorium i wpływów Rzeczypospolitej. Przykładem jest tu unia z Litwą, kiedy to właśnie pod polską opiekę udali się Litwini, broniąc się przed naporem Krzyżackim. W konflikcie z, będącym wszak też częścią Kościoła Zakonem, uwidocznił się według autora międzynarodowy i imperialny rys dziejów Polski. To nasi przedstawiciele na soborach, tacy jak Stanisław ze Skarbimierza, czy Paweł Włodkowic walczyli z czarnym PR-em krzyżackim, przeciwstawiali się idei nawracania siłą i prezentowali ideę wojny sprawiedliwej, wchodzącej w kanon ówczesnych koncepcji prawniczych. To pod polskimi skrzydłami znajdowali schronienie prześladowani w Europie zachodniej żydzi, spychani przez Krzyżaków Żmudzini i Litwini, czy nawet Tatarzy, którzy jeszcze półtora stulecia wcześniej sami próbowali podbić nasze ziemie (to wówczas do legendy przeszły cuda czynione w obronie Wrocławia przez bł. Czesława Odrowąża i wówczas zginął nasz ,,wewnętrzny" krzyżowiec, książę Henryk Pobożny). Konflikt z Zakonem był czasem objawiania się wybitnych osobistości takich jak święta król-królowa Jadwiga, nawrócony pogański książę, a polski król Władysław Jagiełło, czy kolejny święty (i ostatni niestety) król Kazimierz Jagiellończyk.
    Braun pokazuje jednak, że okres Jagielloński, to nie tylko czas największej świetności i wzrastania, lecz także epoka niewykorzystanych szans, ogromnych zaniechań i jeszcze większych błędów. Wśród nich autor wymienia np. niezbyt wyraźną reakcję na groźną herezję husytyzmu, przedsmak reformacji w Europie. Polacy wchodzili z husytami w liczne układy, dając podglebie do późniejszego zagoszczenia arianizmu na ziemiach Rzeczypospolitej. Nie zareagowali także na węgierskie wezwania o pomoc w odparciu tureckiego najazdu, czego konsekwencją była klęska Węgrów pod Mohaczem i zainstalowanie się tureckiego imperium przy samych granicach Polski, z czym zmagać się będziemy prze kolejne 200 lat. Również sprawy wewnętrzne nie układały się idealnie – przyjęto konstytucję Nihil Novi, która z jednej strony znamionowała apogeum niezależności poddanych od ewentualnych kaprysów władcy, z drugiej jednak oznaczała krok w kierunku skostnienia ustroju i wydania racji stanu na łaskę i niełaskę chwiejnego kolektywu. Oto zalążek zarówno przyszłych wolności polskich, jak i polskich kłopotów z decyzyjnością i przerostem demokratyzmu nad myśleniem kategoriami racji stanu. Największy jednak błąd autor upatruje w pozornym największym sukcesie, czyli hołdzie pruskim. Sekularyzacja groźnego niegdyś zakonu religijnego stworzyła możliwość na powstanie pierwszego państwa protestanckiego, ewoluującego później w dużo groźniejsze, militarystyczne, nacjonalistyczne i antykatolickie Prusy. Jako winnego tegoż katastrofalnego błędu Braun wskazuje Zygmunta Starego, którego nazywa Zygmuntem Starym-leniem i słusznie zarzuca mu brak perspektywy geo-strategicznej, kiedy to w czasach wyjątkowego pokoju nie podjął żadnych działań mogących ugruntować, bądź rozwinąć polską pozycję imperialną. Zygmunt gnuśny dopuścił do powstania Prus, nie powstrzymał rozwoju Moskwy i nie poszedł z odsieczą bratankowi Ludwikowi, który zginął pod Mohaczem. W sprawach wewnętrznych natomiast, w przeciwieństwie do innych władców w ogóle nie zareagował na reformację, co więcej – uczynił sekretarzem jednego z czołowych heretyków, Jana Łaskiego, zażartego propagatora protestantyzmu, zwalczającego katolicyzm w swoich poczytnych (od Warszawy po Londyn) pismach. Brak triumfu reformacji w Rzeczypospolitej zawdzięczać możemy nie władcom świeckim ale właśnie wybitnym postaciom Kościoła, co tez miało znamienny wpływ na brak wojny domowej na tle religijnym, gdyż reakcja na reformację szła nie odgórnie, systemem nakazowym lecz poprzez wystąpienia, pisma i kazania, w czym jednak ludzie Kościoła liczyć na ramię świeckie za bardzo nie mogli, co może pośrednio przyczyniło się do takiego wykwitu wybitnych osobistości świata duchownego. Wielki kardynał Stanisław Hozjusz, św. Stanisław Kostka, słynny tłumacz Pisma Świętego Jakub Wujek, czy wreszcie płomienny kaznodzieja Piotr Skarga, którego napomnienia do poprawy obyczajów politycznych aktualne są do dzisiaj niemal co do joty.

   Opisując następny okres w dziejach Polski, autor zwraca uwagę na niesamowite sukcesy oręża polskiego, jednocześnie podkreślając jak bardzo nie zostały one wykorzystane. Nie dyskredytuje przy tym, w przeciwieństwie do głównego nurtu historiografii, postawy Zygmunta III Wazy, który wzbraniał się przed konwersją swego syna Władysława na prawosławie w celu zdobycia tronu moskiewskiego. W epoce, w której kwestie wiary wciąż traktowane były poważnie, w kategoriach myślenia o życiu wiecznym, takową postawę traktuje jako naturalną. Większą wagę w niepowodzeniu kampanii rosyjskiej przykłada natomiast do zachowania naszych wojsk okupacyjnych, dopuszczających się w Moskwie czynów uznawanych zarówno przez katolików jak i prawosławnych, za bluźniercze, takich jak niszczenie świętych ikon, rozbijanie figur Chrystusa itp. Stawia w tym miejscu pytanie teologiczne – czy Polacy, postępując w ten sposób, mogli kogokolwiek nawracać? Czy tak miała wyglądać misja cywilizacyjna? Odpowiedź wydaje się oczywista i jak bumerang powraca kwestia przywoływana w konflikcie z Zakonem Krzyżackim, mianowicie nawracanie siłą, tyle, że tym razem to my byliśmy tymi złymi. 
      W epoce reformacji i wojen religijnych nie mogło też zabraknąć zwrócenia uwagi na rolę Anglii, o której Braun niejednokrotnie pisał w innych tekstach, uznając Albion za głównego sponsora protestantyzmu w Europie i również głównego, ukrytego, wroga Polski. To właśnie Anglicy wspierali polskiego reformatora Jana Łaskiego, to z ich budżetu płynęły sowite dotacje dla militarnej potęgi Szwecji, to Anglia była jedną z inicjatorów pierwszego, planowanego i na szczęście nie udanego rozbioru Polski. W traktacie z Radnot rozbiorcami mieli być Szwedzi, Fryderyk Wilhelm książę pruski, kalwińscy Radziwiłłowie, również protestancki książę mołdawski Michał Rakoczy i prawosławny ataman Bohdan Chmielnicki. Anglicy natomiast wspierali porozumienie finansowo i propagandowo, przekazując środki chociażby wspomnianemu Janowi Amosowi Komenskemu, również Commeniusem zwanemu. Commenius, uznawany dzisiaj za ojca świeckiej pedagogiki i będący patronem jednego ze studenckich programów unijnych wzywał wówczas do straszliwej i ostateczne rozprawy (terrible opus) z katolicyzmem, której to rozprawy wyrazem miał być właśnie
rozbiór Rzeczypospolitej. O ile o rola Anglii w propagowaniu protestantyzmu w Europie i na świecie jest stosunkowo znana, to już ciekawostką podaną przez Brauna jest korespondencja dyktatora i królobójcy Olivera Cromwella z Bohdanem Chmielnickim. Lider rewolucji protestanckiej tytułował lidera buntu kozackiego w następujący sposób: z łaski Bożej generalissimus Cerkwi grecko-wschodniej, wódz wszystkich Kozaków zaporoskich, postrach i niszczyciel szlachty polskiej, eksterminator duchowieństwa rzymskiego. Cromwell, pisząc do Chmielnickiego chwalił go za niszczenie katolicyzmu i zapewniał o swoim wsparciu w tej świętej sprawie. O udziale Albionu w powstaniu kozackim świadczyć też może, według Brauna, obecność w szeregach zaporożców niejakiego Krzywonosa, jednego z najokrutniejszych dowódców, o którym jeden z niemieckich kronikarzy pisał, że pochodził ze… szkockiego klanu Cameronów, czyli właśnie Krzywych Nosów. 

     Mimo takiego sprzysiężenia wrogów i niesnasek wewnętrznych Rzeczpospolita nie upadła jednak w XVII wieku, wspinając się na wyżyny osiągnięć militarnych, gromiąc po kolei Moskwę, Kozaków, Szwedów i Turków, czego kulminacją była odsiecz wiedeńska z Janem Sobieskim na czele, ostatnim wielkim królem Polski, który rozumiał znaczenie misji cywilizacyjnej. Wartym podkreślenia, według autora, była szczególna rola jaką odegrało w tych wojnach duchowieństwo, które potrafiło zjednoczyć skłócony naród w obliczu przeważających sił wroga (np. obrona Częstochowy) lub tchnąć w dowódców i władców ponowne poczucie misji (np. śluby lwowskie Jana Kazimierza). Co nie nastąpiło w wieku XVII, stało się niestety w kolejnym. Coraz większa dezintegracja systemu politycznego, min. za sprawą liberum veto, brak silnych przywódców, wreszcie wzrost potęgi wrogów, których sami ,,wyhodowaliśmy” czyli Prus i Rosji spowodował powolny upadek Rzeczypospolitej, zakończony pierwszym rozbiorem. Nie małą rolę w tej kwestii odegrało też zwrócenie się sympatii polskich elit ku ideom rewolucyjnym, który to zwrot wykorzystywać będą, jako pretekst kolejni zaborcy. Kasata zakonu jezuitów, którego polscy przedstawiciele prawie zawsze prezentowali stanowisko pro-państwowe i pełnili rolę jednocząca społeczeństwo oraz powstawanie coraz to nowych lóż masońskich również miało negatywny wpływ na sytuację w Polsce. Członkowie lóż, zachwyceni Diderotem, czy Wolterem, powielali również zachwyt tychże nad Katarzyną Wielką i Fryderykiem Wielkim, co raczej nie sprzyjało przeciwstawieniu się państwom zaborczym, którym wspomniani władcy przewodzili. Ostatni polski monarcha również był typowym produktem oświecenia i obca mu była idea Polski, jako monarchii jawnie katolickiej. Rozpoczął się smutny okres nieudanych powstań i niewoli ciągnący się ponad sto dwadzieścia lat, a kasata zakonu jezuickiego, dotychczas czuwającego nad edukacją młodzieży dała podstawy do przejęcia rządu dusz przez, darzoną słuszną niechęcią przez autora, Komisję Edukacji Narodowej – pierwsze etatystyczne ministerstwo edukacji na świecie, przenoszące praktycznie monopol szkolnictwa w świeckie ręce państwa. Stopniowo odbierano też możliwość kształcenia innym zakonom – cystersom, karmelitom, czy karmelitankom, od lat dbającym o wszechstronną edukację obywateli Rzeczypospolitej. Braun podkreśla, że wiek oświecenia, to jedyny wiek w historii Polski, który nie wydał na świat ani jednego świętego – duch epoki udzielił się też niestety duchowieństwu.

 
Co gorsza, Polacy dawniej realizujący skutecznie misję cywilizacyjną, rzucili się tym razem w wir rozmaitych rewolt, buntów i rewolucji, a brak państwowości sprzyjał sympatyzowaniu z ideami jakobińskimi, masońskimi czy węglarskimi, czyli z antyklerykalizmem, egalitaryzmem, nacjonalizmem i brakiem poszanowania dla autorytetu władzy.  Polscy emigranci we Francji wsparli powstanie kościuszkowskie, czym zablokowali interwencję carską przeciwko rewolucji francuskiej i pośrednio przyczynili się do triumfu władz rewolucyjnych. Nierówna walka skazana była od początku na porażkę a klęska powstania spowodowała kolejną falę emigracji, zsyłek i prześladowań. Następnie nadzieje swe ulokowały ówczesne elity w kolejnym rewolucyjnym bożyszczu, czyli Napoleonie, którego armia niosła idee republikańskie na cała Europę. Po raz pierwszy w historii polscy żołnierze walczyli w wojnie przeciwko papiestwu, brali też udział w krwawym tłumieniu wolnościowego zrywu Hiszpanów, gdzie dopuszczali się profanacji świątyń, mordowania księży i gwałcenia zakonnic. Na ponury paradoks zakrawa, że sami pozbawieni państwa, uczestniczyliśmy w odbieraniu bytu państwowego i wolności innym narodom, zwłaszcza że po hiszpańskiej klęsce Napoleona, Polacy popłynęli tłumić bunt czarnych niewolników na Santo Domingo. Nadzieje związane z Pierwszym Konsulem, a później Cesarzem Francuzów spełzły na niczym, mimo iż malutkie Księstwo Warszawskie wystawiło na potrzeby kampanii moskiewskiej blisko 100-tysięczną armię. Mimo zawiedzionych obietnic i klęski Napoleona, to Polacy zostali przy nim do końca, towarzysząc mu nawet na wygnaniu. O dziwo, na konserwatywnym kongresie wiedeńskim restytuowano Królestwo Polskie z carem Aleksandrem I jako królem. Istnienie tego bytu, wcale nie sztucznego jak piszą modni historycy, bowiem posiadającego własną administrację, wojsko i sporą niezależność, nie w smak było zarówno rodzimym rewolucjonistom, jak i pruskim protestantom. Ci ostatni, wspierani przez Anglię, chcącą osłabić Rosję w obliczu tzw. Wielkiej Gry (konflikt wpływów w Azji Środkowej) w zakulisowy sposób wspierali idee powstańcze w Warszawie, co zakończyło się anty-rosyjskim powstaniem listopadowym i kolejny raz ograniczeniem niezależności, zsyłkami, represjami i emigracją. Dziesięć miesięcy, które Rosjanie poświęcili na tłumienie powstania dało Anglii przewagę czasową w Azji Środkowej, a Prusy dostały prezent w postaci likwidacji Królestwa Polskiego. Jeszcze bardziej opłakane w skutkach było kolejne z powstań, styczniowe – znowu wybuchłe w momencie odradzania się niezależności, którą z mozołem budował hr. Aleksander Wielopolski. W tym smutnym okresie braku własnego państwa Braun szczególnie podkreśla rolę świętych i błogosławionych, których zabrakło w wieku poprzednim. Święty brat Albert prowadził szeroko zakrojoną akcję pomocy bezdomnym i do dziś wiele schronisk i organizacji nosi jego imię, bł. Sebastian Pelczar wskazywał w swych pracach na niebezpieczeństwa płynące z idei rewolucyjnych, ochronki dla sierot prowadził bł. Edmund Bojanowski, św. Zygmunt Szczęsny Feliński, zmarły na zesłaniu, potrafił przeciwstawić się zarówno władzom carskim w obronie polskości, jak i sprzyjającym rewolucji hierarchom w łonie Kościoła, bł. Jan Beyzym prowadził misję na Madagaskarze, jakże inną od tej w wykonaniu naszych żołnierzy na Santo Domingo, a cała rodzina Ledóchowskich udzielała się misyjnie na różnych frontach – walki o państwowość, dobroczynności i edukacji.

    Wielka Wojna, jak nazywano pierwszą wojnę światową przyniosła upadek starego świata monarchii i powstanie wielu nowych państw. Skorzystała też na tym Polska, która odzyskała niepodległość, ale w zupełnie nowej formie. Dwaj główni liderzy polskiej państwowości, zarówno Piłsudski, jak i Dmowski, byli bowiem demokratami – jeden reprezentował nurt patriotyczno-socjalistyczny, na który lubi powoływać się dzisiejsza władza w Polsce, drugi był demokratą narodowym. Obaj nie odrzucali chrześcijańskiego dziedzictwa Rzeczpospolitej, jednak ich idee nie zakładały restauracji monarchii. Zamiast króla otrzymaliśmy parlament, zgodnie z negatywnymi wzorcami dwudziestolecia międzywojennego, wiecznie skłócony i nie zdolny do podjęcia szerszej perspektywy geo-strategicznej. Nowa Polska była w stanie obronić się przed jednym najazdem nowo powstałego państwa bolszewickiego, ale nie była już władna dobić czerwonego reżimu a tym bardziej sprostać atakowi dwóch etatystycznych, laickich i ludobójczych totalitaryzmów w postaci III Rzeszy i okrzepłego ZSRR. Braun, opisując okres krótkiego odzyskania niepodległości a następnie tragedię drugiej wojny światowej zwraca szczególną uwagę na działalność świętych, błogosławionych i męczenników takich jak mistyczki Rozalia Celakówna i Faustyna Kowalska, kardynał Hlond, społecznik, wizjoner i więzień obozu koncentracyjnego św. Maksymilian Kolbe, czy wielu innych, których autor wymienia w długiej liście. Byli wśród nich bohaterowie ratujący polskich Żydów, zamęczeni w zamian za to w Auschwitz, Dachau i Gross-Rosen, członkowie polskich elit zmasakrowani przez Gestapo i NKWD, zgodnie współpracujące przy likwidacji polskości, czy ofiary powstania warszawskiego, ostatniego wielkiego i kontrowersyjnego zrywu narodowego.
     Po wojnie, okrojona o dwie trzecie swojego terytorium Polska dostała się pod całkowitą dominację Związku Radzieckiego, jak zwykle opuszczona (właściwie trudno się dziwić znając historię) przez swojego ,,sojusznika” Anglię. Czasy komunizmu były dla Kościoła w Polsce okresem wyjątkowo trudnym, nie tylko ze względu na prześladowania. Pojawiły się ważne pytanie: jaką postawę przyjąć wobec nowego systemu? Czy decydować się na jawny, skazany na porażkę sprzeciw, wycofać się tylko w sferę religijna, w jaki sposób układać sobie życie z władzami PRL, jak daleko w ewentualnej współpracy można się posunąć? Te dylematy zaowocowały trzema postawami: całkowitą niezłomnością, często przypłacaną śmiercią (jak w przypadku np. ks. Jerzego Popiełuszki), pewną formą unormowania stosunków i rozgraniczenia sfer, jak w wypadku kardynała Wyszyńskiego, a nawet niektórych członków PAX-u, czy też jawną, bądź ukrytą kolaboracją, jak w
wypadku wielu księży złamanych lub przekupionych przez służby bezpieczeństwa. Sił do przeciwstawiania się władzom dodało oczywiście poparcie społeczne a także późniejszy wybór Polaka na papieża, jednakże nawet wtedy zdarzały się wcale nie rzadkie przypadki całkowitej kolaboracji, wręcz służenia systemowi, który z chrześcijaństwem nie miał nic wspólnego. W dzisiejszej Polsce, już po upadku ZSRR i komunizmu wciąż wracamy w bieżącej polityce do tamtych wyborów i wciąż potrafią one rozpalać opinię publiczną. Na zakończenie autor podkreśla, że w wolnej Polsce wcale nie mniej jest problemów, z którymi zmagać się musi katolicyzm – zagrożenia cywilizacyjne, kryzys powołań, spory doktrynalne między liberalizmem a tradycjonalizmem w łonie samego Kościoła. Pojawia się zatem, stawiane przez autora pytanie – czy w takich warunkach wciąż może wyjść z Polski nowa ,,iskra Boża”? Czy Polska powróci do swojej misji cywilizacyjnej? I czy Polacy będą jeszcze w stanie właściwie ową misję odczytać?
        Podsumowując, książka Grzegorza Brauna powinna przypaść do gustu nie tylko jego zagorzałym zwolennikom. Zarówno oni, jak i przeciwnicy będą zaskoczeni, że w Iskrach Bożych nie pojawia się ani razu słowo Kondominium, a i słowo Żyd nie jest używane ponad normęJ . Osoby znające historię, odświeżą ją sobie i dostaną do przemyślenia zwarty i logicznie pomyślany bryk historiozoficzny, te zaś, które z dziejami własnego kraju nie są za pan brat, dowiedzą się wielu nowych rzeczy. Przyzwyczajeni do standardowego, czyli świeckiego odczytywania historii będą zaś mogli spojrzeć na losy Polski w odmienny, bardziej metafizyczny sposób. Najbardziej jednak poleciłbym propagowanie tej książki wśród obcokrajowców ponieważ jest to jeden z niewielu przystępnych, ciekawie i oryginalnie napisanych skrótów historycznych dostępnych obecnie na rynku. A w kwestii ,,robienia dobrego PR-u” nie ma sobie równych więc skoro każdy kraj może mieć całe rzesze historycznych pr-owców, to czemu my nie możemy mieć Brauna, jako towaru eksportowego? Może dzięki takim książkom, tłumaczonym na obce języki nie będziemy wreszcie musieli tłumaczyć, że obozy koncentracyjne nie były polskie, a od średniowiecza do połowy XX wieku to właśnie u nas schronienia szukali Ci, których gdzie indziej prześladowano. Polska historia jest piękna i bogata i wystarczy jej nie obrzydzać, żeby była również popularna za granicą. A autor czyni coś znacznie ponad normę – przedstawia jej najwspanialsze momenty, uwypukla działalność postaci świętych, nie wahając się jednak wytykać oczywistych błędów i zaniechań, co czyni jego ściągę wiarygodną i w dodatkowy sposób ciekawą.




niedziela, 28 maja 2017

Historia Kościoła Katolickiego dla młodzieży i nie tylko czyli jak odświeżyć sobie dzieje naszej cywilizacji.


Tym razem do recenzji otrzymałem wielce interesującą książkę pt. Historia Kościoła Katolickiego dla Młodzieży, wydaną przez wydawnictwo Prohibita. Autorem jest Bł. Ks. Roman Archutowski a najnowsze wydanie jego podręcznika oparte jest na oryginalnym wydaniu 10-tym. Ten tekst jest pierwszą częścią, ponieważ, krótka z początku recenzja, rozrosła się na dwanaście stron tekstu, co tylko potwierdza, że koło przedmiotu recenzji nie można przejść obojętnie.

        
Dlaczego taki, sądząc po tytule, zwykły, szkolny podręcznik, uważam za arcyciekawy? Z wielu powodów. Po pierwsze ciekawą postacią był sam autor – ceniony pedagog, darzony przez młodzież autorytetem, wieloletni dyrektor gimnazjum, rektor seminarium duchownego w Warszawie. Już na samym początku okupacji Niemcy rozstrzelali najstarszego brata księdza Romana, Wiktora. Następnie, po wydaniu przez Hitlera komunikatu na temat polityki wobec polskiej elity inteligenckiej, który brzmiał następująco: "Uniwersytety i inne szkoły wyższe, szkoły zawodowe, jak i szkoły średnie były zawsze ośrodkiem polskiego szowinistycznego wychowania i dlatego powinny być w ogóle zamknięte. Należy zezwolić jedynie na szkoły podstawowe, które powinny nauczać jedynie najbardziej prymitywnych rzeczy: rachunków, czytania i pisania. Nauka w waż­nych narodowo dziedzinach, jak geografia, historia, historia literatury oraz gimnastyka, musi być zakazana”, zabrali się za fizyczną likwidację nauczycieli akademickich, duchownych i innych członków grup społecznych tworzących elitę. Ksiądz Archutowski, pod zarzutem ukrywania i przemycania w bezpieczne miejsca Żydów,  został uwięziony na Pawiaku w 1942 roku, gdzie poddano go licznym torturom. Rok później księdza Archutowskiego przewieziono do obozu koncentracyjnego w Treblince, gdzie wkrótce zmarł na tyfus. Mimo ciężkich warunków i śmiertelnej choroby, do końca życia pomagał współwięźniom, oddawał im swoje racje żywnościowe, spowiadał i udzielał ostatniego namaszczenia. Jan Paweł II beatyfikował go w 1999 roku.

      Po drugie jest to książka napisana w 1930 roku, co sprawia, że jej treść nie jest jeszcze przesiąknięta współczesnym modernizmem, owijaniem wszystkiego w bibułkę, rozwadnianiem i spłaszczaniem. Nie znaczy to oczywiście, że jest to podręcznik ściśle integrystyczny – autor mimo, iż jest księdzem i pisze swego rodzaju apologię, nie unika krytycznych osądów, wtedy kiedy rzeczywiście są potrzebne i historycznie uzasadnione. Szczegółowo opiszemy to zresztą w dalszej części recenzji, ale już na wstępie warto wspomnieć, że każdy rozdział kończy się krótkim podsumowaniem zarówno niewątpliwie wspaniałych osiągnięć chrześcijaństwa i Kościoła, jak i równie niewątpliwych błędów.
Po trzecie, mimo że jest to siłą rzeczy bardzo skrótowy opis historii cywilizacji katolickiej, potrafi zaskoczyć  rzeczami ciekawymi i nowymi nawet dla kogoś sprawnie orientującego się w historii Kościoła. Wiele rzeczy też uściśla, przypomina, czy też pozwala ponownie rozważyć. Ja, gdy uważnie czytałem ów podręcznik, co rusz wracałem pamięcią do innych dzieł o podobnej tematyce, zarówno tych przeczytanych ostatnio, jak i szmat czasu temu. Pierwsze, co mi się nasunęło na myśl, to że jest to trochę taki Warren H. Carroll. Oczywiście w bardzo dużym skrócie ponieważ dzieło Carrolla jest wielotomowe, z przeogromną ilością materiału, źródeł itp., ale właśnie książka Archutowskiego dobrze oddaje duch Historii Chrześcijaństwa. Również tutaj głównym zamysłem było pokazanie, że czynnik nadprzyrodzony, a konkretnie Bóg i Duch Święty, działają w historii, a Kościół został ustanowiony i założony przez Jezusa Chrystusa, przez co stał się Jego instrumentem na ziemi. Poprzez czynnik ludzki, który zawsze jest skażony wadą, złem, niedoskonałością, również działania Kościoła miały ten mankament, ale sama instytucja, co podkreślają zarówno Archutowski, jak i Carroll, była, jest i będzie dla katolików święta, ponieważ nie została założona przez człowieka. Oczywiście nie tylko WH Carroll przypominał mi się podczas lektury. Kiedy autor wspomina pokonanie Kartaginy przez Rzym i zaznacza znaczenie tego faktu dla rozwoju cywilizacji chrześcijańskiej, od razu nasuwa się skojarzenie z Człowiekiem Wiekuistym Chestertona, w którym to Anglik właśnie to wydarzenie traktuje jako kluczowe w walce dobrego pogaństwa z pogaństwem złym[1].
Z kolei gdy w toku lektury doszedłem do sporu papiestwa z cesarstwem o tak zwaną inwestyturę a faktycznie o niezależność Kościoła od państwa, od razu wróciłem myślami do książki Adama Wielomskiego Teokracja Papieska 1073-1378[2], która jest bezsprzecznie najlepszym, dostępnym w Polsce omówieniem tej kwestii w okresie średniowiecza a uzupełnia ją równie dobra Myśl polityczna reformacji i kontrreformacji. Rewolucja protestancka[3], tego samego autora. Zagłębiając się bardziej w podręcznik księdza Archutowskiego, możemy stwierdzić, że drugą myślą przewodnią jest właśnie wskazanie na odwieczną rywalizację porządku duchowego ze świeckim i ich wzajemne próby zdominowania się nawzajem, bądź też uniezależniania od siebie. Uważam, że słusznym będzie obszerne przywołanie w tym miejscu kolejnego autora, o którym pomyślałem w trakcie czytania recenzowanej książki. Moim zdaniem najbardziej klarowną i zrozumiałą klasyfikację owych relacji przedstawił hiszpański filozof polityki i prawa Juan Vasguez de Mella[4]. Według tego teoretyka karlizmu[5] relacja państwo-Kościół kształtuje się dokładnie tak samo jak relacje pomiędzy katolikiem a obywatelem,  wiarą i rozumem oraz porządkiem naturalnym i ponadnaturalnym. Każda z tych relacji może przybrać cztery formy: 1) Katolik może zostać pochłonięty przez obywatela; 2) Obywatel i katolik są od siebie całkowicie rozdzieleni; 3) Obywatel jest pochłonięty przez katolika; 4) Obywatel jest zjednoczony z katolikiem, ale będąc zjednoczonym pozostaje sam w sobie różny[6].
Idąc tym tropem również Kościół może być pochłonięty przez państwo, wiara przez rozum, a porządek nadnaturalny przez porządek naturalny. W takim wypadku efektem będzie etatystyczne państwo ateistyczne, lub cezaropapizm. W drugim wypadku wszystkie domeny są od siebie całkowicie rozdzielone, co skutkuje indyferentnym wyznaniowo państwem, częściowym ateizmem i faktyczną dominacją państwa, gdyż to ciągle ono (mimo braku wchłonięcia, przy jedynie całkowitym rozdzieleniu) dysponuje środkami materialnymi i przymusu, gwarantującymi mu przewagę. Trzecia sytuacja zakłada odwrotność pierwszej czyli całkowite wchłonięcie państwa przez Kościół, obywatela przez katolika, rozumu przez wiarę i porządku naturalnego przez nadnaturalny.
W efekcie otrzymujemy skrajną teokrację, równie obcą teologii chrześcijańskiej, gdyż faktycznie nie będącą rządem Boga, ale wyłącznie jego kapłanów. Jest to tak zwany papocezaryzm, któremu w rzeczywistości bliżej do islamskiego, niż chrześcijańskiego rozumienia relacji państwo-Kościół. I w reszcie czwarta relacja zakłada sytuację, w której państwo pozostaje różne od Kościoła, rozum od wiary, obywatel od katolika, a porządek naturalny od ponadnaturalnego, każda z dziedzin zachowuje swoje właściwości, przy jednoczesnym moralnym i doktrynalnym zjednoczeniu. Państwo zatem zachowuje swoje ziemskie kompetencje ale moralnie podporządkowane jest władzy duchownej. Władza duchowna natomiast jest fizycznie zależna od państwa, jednak zachowuje nad nim władzę dyscyplinującą. W takiej relacji zarówno państwo, jak i Kościół, działając w jednym organizmie mogą powściągać swoje teokratyczne, bądź cezarystyczne zapędy. Oczywiście nie trzeba chyba nadmieniać, że to właśnie ta koncepcja najbliższa była większości rozsądnych świeckich i duchownych teologów katolickich i także na kartach książki Archutowskiego właśnie taka relacja jest najbardziej pozytywnie oceniana, a za godne uznania przykłady do naśladowania, autor przedstawia młodzieży te postaci, które o powyżej opisaną pozycję Kościoła wobec państwa walczyły (i to po obu stronach ,,barykady”)
Dzięki temu, że jest to podręcznik, mamy w książce dobrze zachowaną systematykę i chronologię, czego często nie ma w bardziej rozwiniętych, czy pogłębionych naukowo książkach, dotykających podobnej tematyki. Archutowski przedstawił swoje dwie główne myśli przewodnie, czyli – przypomnijmy – realne działanie czynnika nadprzyrodzonego w historii i wielowiekowe zmagania instytucji duchowej ze świecką o prymat w świecie i prawdziwy rząd dusz, w podziale na cztery epoki. I - od założenia Kościoła do ogłoszenia edyktu mediolańskirgo (rok 313). II – od końca VII w. do XIV w. III – od początku XIV w. do połowy XVII w. IV – od XVII do ,,naszych czasów”, czyli w wypadku autora do 1930 roku. Każdą z tych epok, oprócz pierwszej, podzielił dodatkowo na okresy, które dobrze obrazują różne etapy rozwoju, wzlotów i upadków chrześcijaństwa i Kościoła.
Omawiając epokę pierwszą ksiądz oczywiście położył największy nacisk na samą działalność Chrystusa a potem apostołów, ale jako że nie jest to podręcznik stricte do religii, tylko historia Kościoła, to mamy tu dość proporcjonalnie rozłożone akcenty. W prostych, jasnych i opartych na Piśmie Świętych słowach przekazuje uczniom i innym czytelnikom, że to Jezus, czyli wcielony Bóg założył Kościół i dlatego, tak jak wspomnieliśmy na początku, nie jest to instytucja czysto ludzka. Wynika z tego, co zresztą autor porusza w dalszych częściach książki, że jeśli wierzy się w Boga, tak jak go przedstawia Biblia, nie można nie wierzyć w Kościół. Również z boskiego pochodzenia wywieść można, to że choć Kościół spotykały liczne kryzysy zewnętrzne i wewnętrzne, spowodowane rozmaitymi atakami ze strony jego wrogów i błędami jego własnych członków i wyznawców, to instytucja ta wciąż istnieje i wciąż zdobywa nowych wyznawców na niespotykaną dla żadnej innej religii skalę. Już zresztą na pierwszych stronicach napotykamy cytat z Tertuliana, który pokazuje, że po niespełna dwóch wiekach istnienia chrześcijaństwa, nie było niemal w całym, ówczesnym cywilizowanym świecie narodu, który by nie spotkał się z nauczaniem Chrystusa. I to bez internetu czy telefonów, ba ze znikomą ilością pisemnych środków przekazu: ,,Wczorajsi jesteśmy, a wszystko wasze wypełniliśmy: państwo, miasta, wyspy, zamki, nawet obóz, pałace, senat, rynek”. To pokazuje jaką siłę przyciągania miała wówczas owa dziwna, nowa wiara. Jak autor tłumaczy ten magnetyzm? Przede wszystkim tym, że w kastowym społeczeństwie panów i niewolników, jakim był Rzym, dawała nadzieję. I to nie tylko w przyszłym świecie. Chrystus nauczał, że przed Bogiem wszyscy ludzie są wolni i równi na ziemi, a po śmierci ich dobre lub złe uczynki zaważą na tym, gdzie trafią. Nie tylko jednak niewolnicy widzieli zalety chrześcijaństwa. Zupełnie nowe podejście do kobiecości, podkresla autor, przyciągało doń bardzo dużą liczbę kobiet. Uznanie, jakim darzono Matkę Boską i jej rolę w przyjściu na świat i wychowaniu Jezusa, przekładało się na szacunek do przedstawicielek płci pięknej, jako takich. Także chorzy, słabi, biedni, bezbronni po raz pierwszy zetknęli się z cywilizacją i religią, która nie skazywała ich na śmierć bezpośrednio (np. Sparta) lub pośrednio (Rzym, Kartagina, Egipt itp.). Pierwsi chrześcijanie gorliwie wypełniali przykazania, zbierając datki na najsłabszych przedstawicieli swoich wspólnot i oferując im innego rodzaju pomoc. W tym miejscu można zapytać: Dlaczego zatem, skoro nowe wyznanie wywracało istniejący świat do góry nogami, przyjmowali je z czasem również Rzymianie? Po pierwsze dlatego, że nie robiło tego za pomocą rewolucji politycznej. Chrześcijanie nie buntowali się przeciwko ziemskiej władzy, nie przeprowadzali powstań i przestrzegali prawa cesarza Rzymu dopóty, dopóki nie kazał im wypierać się ich Boga. Mogli normalnie funkcjonować w społeczeństwie, gdyby tylko rozmaici cesarze nie próbowali całej chwały boskiej przypisać wyłącznie sobie. Rzymian do chrześcijaństwa przyciągała też ofiarność wyznawców Chrystusa, a tą siłę woli i odwagę, nawykli do rygoru rzymianie podziwiali.
W tej części książki autor, oprócz powodów rozrostu wpływów chrześcijaństwa, opisuje również strukturę rodzącego się Kościoła, zwraca uwagę na to, jak funkcjonowały gminy, jak wybierano następcę św. Piotra oraz maluje smutny obraz licznych prześladowań, które miały miejsce tak samo pod rządami obłąkanego Nerona, jak i doskonałego zarządcy Trajana, czy króla-filozofa Marka Aureliusza. Zazdrość o własną boskość była silniejsza od innych wpływów, jednak warto zauważyć, że nawet cesarze, już na tamtym etapie, uznawali papieża niezaprzeczalnie za głowę Kościoła. Dlatego też większość z 32 papieży omawianego okresu poniosło śmierć męczeńską, gdyż właśnie przeciw nim Rzym kierował wpierw swe ostrze, myśląc, że ucinając głowę spowoduje uwiąd reszty. Podsumowując część pierwszą autor opisuje pierwsze herezje oraz ataki na Kościół przeprowadzane przez rzymskich pisarzy. Mamy zatem po krótce scharakteryzowane poglądy Celsusa, Lukiana z Samostaty, gnostycyzm, czy manicheizm (ujawniające się później na różnych etapach istnienia Kościoła, pod innymi postaciami) i tu również widzimy, o dziwo, że heretycy także swe pisma kierowali przeciw papieżowi, nieświadomie uznając go za przywódcę świata chrześcijańskiego.
Część druga zaczyna się od wydarzenia, które dla chrześcijaństwa stanowiło most pomiędzy epoką prześladowań a epoką wpierw akceptacji, a później uznania. Oto nawrócenie Konstantyna Wielkiego i edykt mediolański. Na jego mocy wyznawcy Chrystusa otrzymali równouprawnienie z poganami. Konstantyn zatem również nie był rewolucjonistą – wszak nie od razu uczynił chrystianizm religią panującą (a miał ku temu narzędzia), zmieniał prawo powoli, ulepszając je, modyfikując i z czasem rugując co bardziej barbarzyńskie praktyki istniejące w Rzymie. Jednakże panowanie Konstantyna nie oznaczało wcale, że chrześcijanie byli już w pełni bezpieczni. Wkrótce potem, jak pisze Archutowski, nastało panowanie Juliana Apostaty. Cesarz ten co prawda nie rozpoczął ponownych prześladowań fizycznych, ale od samego początku swych rządów wprowadzał przepisy krzywdzące chrześcijan. Przeciwko nim popierał żydów, pogan i heretyków, ponieważ twierdził, że wewnętrzne spory szybko zniszczą religię Chrystusa. Podobny cel miało zmuszania kapłanów do uczenia w szkołach pogańskich, odsunięcie chrześcijan od wszelkich urzędów i awansów, zamknięcie wielu szkół (standardowa metoda każdej władzy świeckiej walczącej z Kościołem, kończąca się zawsze upadkiem szkolnictwa w danej epoce). Próbował też wprowadzać wzmocnić pogan poprzez wprowadzenie celibatu, utworzenie pogańskich zakonów i zakładów dobroczynnych. Żaden z tych elementów, typowych dla chrześcijaństwa, nie przyjął się w pogaństwie rzymskim, które wkrótce po śmierci Juliana, praktycznie zamarło. Mimo powolnego ugruntowywania swej pozycji, Kościół nie mógł spocząć na laurach ponieważ pojawiły się pierwsze, wielkie herezje. Autor w bardzo przejrzysty sposób tłumaczy czytelnikom, na czym one polegały. Wymienia trzy grupy herezji: ,,a) teologiczne, tj. dotyczące nauki o Bogu i Trójcy Świętej; b) chrystologiczne, tj. poruszające naukę o Chrystusie;  c) antropologiczne, tj. dotyczące nauki o człowieku, początku zła i potrzebie łaski.” Do pierwszej grupy zalicza głównie arianizm, do drugiej nestorianizm i monofizytyzm, a do trzeciej pelagianizm i celastianizm.  Myśląc dziś o herezjach, myślimy potocznie, że były to jakieś nieistotne spory teologów o ilość diabłów na główce od szpilki. Niestety jest to całkowicie błędny pogląd, ponieważ ówczesne, a także późniejsze (niemal do XVIII wieku) herezje poruszały w posadach cały cywilizowany świat łacińsko-grecki i wszystkie warstwy społeczne brały udział w tych sporach. Ludzie wówczas nie uważali, że kwestie teologiczne są nieistotne – poprawnie zdefiniowany charakter natury Chrystusa, czy natury człowieka był czymś najważniejszym, od czego zależeć mogła koncepcja władzy, wolności, wolnej woli, pokuty, ważności złych i dobrych uczynków, własności itp. Dlatego też ruchy heretyckie i reakcja przeciw nim były tak wyraźne i silne. Jednakże Kościół potrafił wówczas przezwyciężyć te podziały, głównie dzięki wielkim ludziom epoki, jakimi byli św. Atanazy, który praktycznie w pojedynkę pokonał arianizm; św. Bazyli Wielki, będący twórcą reguły, która dała podstawę praktycznie wszystkim zakonom na wschodzie; św. Grzegorz z Nazjanu, św. Jan Chryzostom, niezrównany mówca; św. Ambroży, który nie bał się przeciwstawić cesarzom; św. Augustyn, jeden z największych filozofów Kościoła, wskrzesiciel Platona, twórca systematycznej nauki o państwie, którego wpływy sięgają do dziś, czy św. Benedykt z Nursji, twórca zakonów zachodnich i reguły, praktykowanej później w większości zakonów i klasztorów. Już za życia Benedykta zakony rozprzestrzeniły się po Europie, dając zajęcie nie tylko mnichom, ale też okolicznej ludności, która znajdowała pracę przy melioracji, uprawach, wycince lasów, czy budownictwie. Reguła św. Benedykta była zresztą przykładem na idealną (co niestety w historii rzadkie) współpracę między monarchami, papieżami a zakonami. Dzięki wstawiennictwie papieży, poparciu monarchów i pracy mnichów, objęła swoim zasięgiem cały świat zachodni.
W tamtej epoce, jak twierdzi autor, chrześcijaństwo skuteczniej, piękniej i bardziej naturalnie rozwijało się na zachodzie niż na wschodzie. W zachodniej Europie zaczęła się współpraca między monarchami a papieżami, która polegała na delikatnej równowadze, gdzie czynnik duchowny niezależny był od świeckiego i nawzajem, choć oba przenikały się swoimi wpływami. Archutowski jako przykład podaje choćby relację między św. Remigiuszem a św. Chlodwigiem, dzięki której nastąpiło nawrócenie Franków i przyjęcie przez nich chrztu, co później poskutkowało powstaniem pierwszego, chrześcijańskiego imperium pod panowaniem Karola Wielkiego. Jako wielkich orędowników takowego podejścia autor wymienia też papieży św. Leona I Wielkiego i św. Grzegorza I Wielkiego. Na Wschodzie jednak sytuacja nie wyglądała już tak dobrze. Tam bowiem czynnik świecki nie tyle przeważył, co zaczął wchłaniać czynnik duchowy i łączyć wszystko w całość. Cesarze przyznawali sobie godność niemal świętych, co i rusz ingerowali w sprawy dogmatyczne, a to popierając heretyków, a to ich zwalczając, regulowali sprawy hierarchii kościelnej, a nawet mieszali się do spraw wewnętrznych zakonów. Takie podejście nazywamy dziś bizantynizmem, lub teokracją cesarską, o czym pisałem wyżej, przywołując klasyfikację De Melli. Podsumowując, okres drugi tej epoki autor słusznie wskazuje, że czas największych herezji, jest czasem wielkich doktorów i świętych Kościoła. Jest też czasem ekspansji religijnej i nawracania kolejnych narodów: Francji, Anglii, czy Irlandii. 
Omówienie pierwszego okresu Epoki Drugiej, autor zaczyna od doniosłego momentu, czyli założenia Państwa Kościelnego w 755 roku. Ważnym jest podkreślenie, że jest to praktycznie pierwsze państwo, które powstało wyłącznie z dobrowolnych darowizn. Państwo Kościelne obejmowało początkowo Rzym i egzarchat, czyli Rawennę wraz z okolicą. Był to obszar niewielki, ale jak podkreśla autor, dawał papieżom środki na utrzymanie administracji Kościoła, prowadzenie misji i akcji dobroczynnych. Podnosił też powagę papiestwa w oczach władców świeckich i ułatwiał kontakty z nimi. Archutowski zaznacza jednak, że posiadanie państwa i sprawowanie władzy świeckiej niejednokrotnie odciągało papieży od spraw religijnych i przynosiło Kościołowi szkodę. 
Jednym z najważniejszych wydarzeń drugiego okresu Epoki Drugiej było też panowanie Karola Wielkiego. Władca patrzył i myślał szerzej niż większość innych monarchów tamtych a także i następnych czasów. Podręcznik wylicza jego najważniejsze zasługi: budował klasztory, kościoły, szkoły – dbał o rozwój nauki czytania wśród poddanych, z najzdolniejszych absolwentów rekrutował swą kadrę zarządczą, jakbyśmy dziś powiedzieli. Ujednolicał prawodawstwo państwowe, tak żeby współgrało z kościelnym, przez co unikał wielu sporów prawnych. Dbał też o inne dziedziny, w tym piękno – wprowadził grę na organach do nabożeństw i naukę śpiewu do szkół, o czym mało kto dziś pamięta. Nie oparł się jednak pokusom wszystkich władców, czyli próbom przymuszania rządzonych do swoich pomysłów – dzisiejsi fanatycy państwowej edukacji obowiązkowej powinni uczynić Karola swym patronem, ponieważ to on był jednym z pomysłodawców przymusowego posyłania dzieci do szkół.  Mimo takich zapędów Karol Wielki w pełni zasłużył na swój przydomek – oprócz wymienionych wyżej osiągnięć zasłużył się min. tworzeniem bibliotek, dbaniem o dzieła sztuki, sprowadzeniem do swego państwa najznakomitszych uczonych owych czasów, w tym słynnego Alkuina. Zjednoczył pod swymi rządami wiele różnych plemion, zaprowadzając na terenach swego imperium chrześcijaństwo, w większości wypadków pokojowo. Nie obyło się jednak bez mało chwalebnych incydentów, jak np. przymusowe nawracanie Sasów (ani ja, ani autor, nie bronimy oczywiście dzikich i barbarzyńskich Sasów, a jedynie krytykujemy taką metodę stosowaną przez Karola), połączone z wycięciem w pień kilku tysięcy z nich. Po śmierci wielkiego władcy jego państwo niestety nie przetrwało, podzielone między dużo mniej zdolnych synów a potem wnuków, jednakże duch cywilizacji, który udało mu się zaimplementować przetrwał o wiele dłużej i dostrzegamy go także i dzisiaj. W warunkach walki o władzę pomiędzy nowymi władcami, również Kościół nie uniknął wplątania się w te spory. Wraz z nimi pojawiło się zagrożenie nowego typu, charakterystyczne dotąd w Bizancjum – początki sporu o tzw. inwestyturę, czyli wybór biskupów. Monarchowie, chcąc zdobyć większe wpływy polityczne, pragnęli zawłaszczyć to prawo i samemu mianować książąt Kościoła, Kościół natomiast walczył o swoje i w ten sposób rozgorzał kilkuwiekowy konflikt. Dodatkowo, do Kościoła wdarł się mocno czynnik świecki. Biskupi mianowani przez królów często nie byli duchownymi, to samo tyczyło się opatów klasztorów. Autor, bez ogródek stwierdza, że w ten sposób wyniesieni biskupi byli raczej urzędnikami państwowymi i obrońcami króla niż przedstawicielami Kościoła. Również klasztory utraciły swój religijny charakter, sprzeniewierzyły się swojemu zadaniu. W takiej sytuacji pojawienie się złych lub niegodnych papieży było tylko kwestią czasu i oto Stolica Piotrowa otrzymała takowych: Stefana V, Bonifacego VI, Sergiusza III i IV, Jana X i Jana XII. Doszło do tego zupełne rozprzężenie w Rzymie, którego skutkiem była walka stronnictw, starcia uliczne, mordowanie duchownych i siebie nawzajem przez rozmaite bandy, należące do tej, czy innej znacznej rodziny rzymskiej. Archutowski wskazuje, że kres kryzysowi położył ostatnim wysiłkiem woli Jan XII, odkupując po części swe wcześniejsze przewiny. Wezwał bowiem na pomoc króla Niemiec, Ottona I, będącego wreszcie godnym następcą Karola Wielkiego. Otton zaprowadził porządek, wymusił na rzymianach obietnicę dopuszczenia do wolnego wyboru papieża a sam obiecał papieżowi ochronę. Ten nowy stan miał jednak swoją cenę – wyzwalając papieża spod mocy rzymian zaczął go powoli uzależniać od cesarza, którym w tamtym momencie był godny swego urzędu Otton I ale później?  Według nowych ustaleń papieża mieli wybierać kardynałowie, bez udziału ludu i tak też wyboru dokonuje się również dzisiaj. 

      
Kiedy jeden kryzys został zażegnany, wnet pojawił się nowy, który tlił się już od dłuższego czasu. Od przeszło dwu stuleci jedność między Wschodem a Zachodem była tylko umowna, jeszcze bardziej podkopała ją herezja obrazoburców wspierana przez kilku cesarzy, a w 1054 roku doszło do formalnej schizmy i patriarchaty Wschodu oderwały się od Kościoła. Taka sytuacja również ma miejsce dzisiaj – przetrwała upadek Konstantynopola i dzięki powstaniu Moskwy, dotrwała do XXI wieku. Prawosławie jest jednak wyznaniem schizmatyckim a nie heretyckim – ma inne obrzędy, nie uznaje papieża lecz podstawowe dogmaty są w nim takie same jak w Kościele katolickim. Ksiądz Archutowski, opisując to oderwanie pokazuje, że katolicyzm, jak w wypadku każdego kryzysu, momentalnie się podniósł kierując swój wzrok na ludy skandynawskie. Brutalni wikingowie, którzy w VIII, IX i w początkach X wieku pustoszyli wybrzeża Irlandii, Anglii i Francji, z czasem zaczęli osiedlać się coraz głębiej na tych terenach, czego skutkiem był nie tylko podbój, ale również nasiąkanie przybyszów kulturą i religią podbitych państw. W X i XI wieku nastąpiło przyjęcie chrztu przez Norwegię, Danię, Szwecję i Islandię, a poszczególne wspólnoty osiedliły się nawet na Grenlandii. Również na wschodzie nastąpiły liczne nawrócenia, podzielone mniej więcej po połowie między prawosławie a katolicyzm. Czechy, Węgry i Polska (której autor poświęca sporo miejsca na kartach swego podręcznika) przyjęły religię rzymską a Ruś i Bułgaria prawosławie. Od tego momentu można mówić, że prawie cała Europa stała się chrześcijańska. Dlaczego prawie? Otóż za sprawą powstania i ekspansji Islamu. Jak słusznie zauważa autor książki, ta najdłuższa wojna świata, rozpoczęta we wczesnym średniowieczu, wraz ze zdobyciem przez mahometan Hiszpanii w 711, trwa do dziś. Archutowski nie wacha się stwierdzić, że religia islamska powstała pod wpływem fałszywych objawień, jakich doznał Mahomet. Dziś taki pogląd spotkałby się na pewno z atakiem obrońców wielokulturowej Europy, ale w 1930 roku był jeszcze czymś normalnym, zwłaszcza w ustach katolickiego księdza. W szkołach, na lekcjach religii nie nauczano, że wszystkie religie są równe, ponieważ wciąż silne było poczucie jedynej prawdy, za którą akurat katolicy uznawali istnienie Boga w Trzech Osobach. Muzułmanie, uznając Jezusa jedynie za proroka, wyznają zaś jednego, niepodzielnego boga. Obie święte prawdy, dwóch potężnych religii, są ze sobą całkowicie sprzeczne, podobnie jak większość innych doktryn katolicyzmu i islamu, z czego jasno wynika, że któraś z nich musi być fałszywa. Nie dokonuję tutaj jednoznacznego stwierdzenia która, tylko wyjaśniam, podobnie jak autor recenzowanej książki, że nie może być dwóch równoznacznych prawd, a co za tym idzie dwóch równych religii. Albo jedna religia jest prawdziwa, a wszystkie inne fałszywe, albo wszystkie bez wyjątku są fałszywe. Innych możliwości brak.


[1] O filozoficznej różnicy między Kartaginą a Rzymem w: G.K. Chesterton, Człowiek Wiekuisty, Fronda, Warszawa 2004,
s. 213-257.  G.K. Chesterton uważał, że konflikt Rzymu z Kartaginą był przede wszystkim wojną cywilizacyjna, wręcz religijną, między światem, w którym panuje mroczne pragnienie krwi i kult demonów (Kartagina) a światem, który mimo licznych wad, jest w stanie zrozumieć i przyjąć chrześcijaństwo (Rzym).  Starożytny, przedchrześcijański Rzym autor nazwał najlepszym pogaństwem, czyli takim, które pokonało swoje najgorsze, duchowe instynkty.
[2] A. Wielomski, Teokracja Papieska 1073-1378, von Boroviecky, Warszawa 2011.
[3] A. Wielomski, Myśl Polityczna Reformacji  i Kontrreformacji. Tom I – Rewolucja Protestancka, VonBorowiecky, Radzymin 2013
[4] Najdokładniejsze omówienie myśli tegoż w języku polskim w: J. Bartyzel, Nic bez Boga, nic bez Tradycji. Kosmowizja Polityczna Tradycjonalizmu Karlistowskiego w Hiszpanii, vonBorowiecky, Warszawa 2015, s. 189-200.
[5]Karlizm – główny nurt tradycjonalizmu hiszpańskiego, zawierający w sobie monarchizm, legitymizm, tradycjonalizm religijny i wierność dawnym, naturalnym uprawnieniom regionalnym. Więcej w Bartyzel, op. cit. I Adam Wielomski, Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej, Arte, 2012, s. 23-55 i 229 - 250
[6] J. Vasquez de Mella, El tradicionalismoespaol. Ideario social y politico, Estudiopreliminar, selection y notas de Rafael Gambra, dicto, Buenos Aires 1980, s. 90-92.

środa, 17 maja 2017

Sebastian Reńca - ,,Miasto Umarłych’’: Wyważone odcienie ponurej szarości’’


Od wydawnictwa Prohibita otrzymałem do recenzji najnowszą książkę Sebastiana  Reńcy pt. ,,Miasto Umarłych’’. Znałem autora choćby ze zbioru opowiadań ,,Wiktoria” czy z, zachwalanej przez Waldemara Łysiaka, powieści ,,Niewidzialni”. Ta książka zapewne już by aż tak wspomnianemu Łysiakowi do gustu nie przypadła ponieważ zawiera niektóre ,,rewizjonistyczne” tezy rodem z Ziemkiewicza czy Zychowicza, o czym będzie w dalszej części recenzji.

W Polsce mamy obecnie wręcz wysyp bardzo zdolnych pisarzy z ,,młodego” lub średniego pokolenia, piszących w zbliżonej manierze. Poczynając od nieco zblazowanej prawdziwej gwiazdy – Szczepana Twardocha, który potrafił przeskoczyć z niszowej ,,fantastyki” do głównego nurtu, przez Jakuba Małeckiego,  znanego ale moim zdaniem nie dość  docenianego, po Jakuba Żulczyka, który zgrabnie łączy elementy horroru z wątkami obyczajowymi i tzw. moralnego niepokoju. Są też bardziej ,,fantastyczni” Jakub Ćwiek (może to imię predestynuje jakoś do pisarstwa) i Łukasz  Śmigiel. Sebastiana Reńcę (rocznik 76) również można śmiało wpisać w ów nurt. Podejmuje on w swoim pisarstwie tematy trudne, wciąż będące zadrą w naszej narodowej przeszłości i teraźniejszości. Nie pisze w manierze krótkich, urywanych zdań, jak zdarza się to Twardochowi i Małeckiemu, ale również jego książki są, delikatnie mówiąc, dość ponure, pełne obrazów smutnych, pokazujących ból, krzywdę i cierpienie. Całe, wspomniane przeze mnie pokolenie ma tą  ,,przypadłość”, że piękno i dobro, jeśli w ogóle się gdzieś w ich twórczości pojawiają, to spychane są na dalszy plan. U Reńcy i tak jest stosunkowo dużo uwidocznionych i podkreślonych dobrych postaw, zachowań, czy wzorców.
     Jeśli miałbym opisać tę książkę jednym słowem, to bez wątpienia byłoby to słowo ,,wyważona’’. Pisać o wojnie i powojennej okupacji sowieckiej w sposób podkreślający tak wiele odcieni szarości i tak wiele różnych postaw to prawdziwa sztuka i tu właśnie upatruję największej wartości recenzowanej powieści. U Reńcy nie fabuła jest najważniejsza, bo i jej, w przeciwieństwie choćby do literatury kryminalnej, właściwie nie ma. Jest za to obserwacja, podkreślamy że czasami chłodna, zachowania ludzi w ekstremalnych warunkach wojny i powojnia. I w tej powieści, tak jak w rzeczywistości, w takowych warunkach owe zachowania są często ekstremalne.
    W historii autora głównym bohaterem są Gliwice i ich okolice w czasie wojny i tuż po, choć pojawia się też i zrujnowana Warszawa, czy inne miejsca w dalszym tle. Opowieść o losach różnych ludzi snuta jest wokół losów tajemniczego Łazarza, człowieka który mieszka w cmentarnych kryptach. Mamy w tej smutnej historii analizę problemów alkoholowych tamtych czasów, zobrazowanie  mentalności sekty kiedy to młody Łazarz spotyka mrocznego Nevidonasa a także nieszczęśliwą miłość. Dla uważnego czytelnika bardzo ciekawe są liczne odniesienia do starożytnych filozofów, postaci z Biblii, czy literackiej klasyki. Bohaterowie konspiracji przyjmują pseudonimy np Katona lub Melchiora a inne postaci mówią cytatami z Platona, Seneki lub Goethego. Widać też w jednym miejscu, że autor odwdzięcza się Waldemarowi Łysiakowi za pozytywne opinie o poprzedniej książce. Umieszcza bowiem w jednej z opowieści duńskiego pisarza Baldheda piszącego o kutrze rybackim, a jak zorientowany czytelnik wie, Łysiakow używał czasem pseudonimu Baldhead i napisał powieść pt. ,,Statek”:). Jako, że jesteśmy już przy Łysiaku, to pora powiedzieć o ,,rewizjonistycznych” tezach u Reńcy, które z kolei autor ,,Statku” zawzięcie zwalcza na łamach np czasopisma ,,Do Rzeczy”. Jak już wspomniałem, książka jest wyważona a nie czarno-biała z nieprzekraczalnym podziałem na dobrych i złych. Tutaj polscy patrioci, partyzanci, też popełniają złe uczynki (np s 50). Winą za wojnę autor oczywiście obarcza Niemcy ale też uczciwie stwierdza, co udowodnili liczni historycy, że duża część  zwykłych obywateli Rzeszy albo nie wiedziała o obozach albo miała o nich nikłe pojęcie (s.88-89). O zgrozo pojawiają się też dobrzy Rosjanie (s.102) lecz oczywiście ogólne okrucieństwo Armii Czerwonej zostaje doskonale uwypuklone. W książce spotkamy też uczciwych i prawych funkcjonariuszy MO a nawet PRL-owskich sędziów. Nie ma też, tak drażniącej u rodzimych antykomunistów, jednoznacznej oceny kolaboracji (np.s 104). Reńca rozumie, że ubeckie  metody były w stanie złamać nawet najtwardszych ludzi. Z drugiej strony autor świetnie rozlicza się z lizusowską elitą intelektualną, piszącą peany na cześć tow. Stalina. Podkreśla też świetnie głupotę piłsudczykowskich władz, które po ,,cudzie nad Wisłą” nie dobiły czerwonych i pozwoliły odrodzić się najbardziej zbrodniczemu reżimowi w historii. Tu wyraźnie widać wpływ Zychowicza.

Odchodząc od rewizjonistycznych wątków w powieści należy podkreślić, że Reńca wspaniałe pokazuje obraz polskiej wsi przed, w trakcie i po wojnie, trochę w stylu Małeckiego z ostatniej powieści tegoż. Zwraca też uwagę na słabość polskiej konspiracji powojennej, która przyzwyczajona do dość schematycznego Gestapo, była bezradna wobec zupełnie nowych metod NKWD i UB. Dla mnie istotne też były wątki religijne, które poruszył autor a szczególnie istnienie zła w świecie stworzonym przez doskonałego Boga oraz ciekawie opisane dylematy ateisty (o których czytałem w tym samym czasie u Knoxa w ,,Ukrytym Strumieniu”).
Sam język książki jest prosty, w pozytywnym tego słowa znaczeniu – autor potrafi jasno mówić o trudnych sprawach.  Idealnie ukazuje np mentalność sowiecką czy skrajne zezwierzęcenie ss-manów w końcowym etapie wojny. Widzimy też jak KAŻDA nieograniczona władza zawsze w końcu uczyni z ludzi niewolników a ,,element” niewygodny, nie pasujący do wąskich ram ideologicznych systemu, zostanie wyeliminowany fizycznie.
Podsumowując, jednak nie tylko smutek i żal przebija z kart tej książki. Jedna z bohaterek, Róża, potrafi nawet w obliczu tragedii dziwić się dlaczego ludzie nie cieszą się z małych i prostych rzeczy, które mają. Takie dyskretne ,,przemycenie" dobra do świata, który się stoczył prawie na dno w czasie II wojny światowej, pokazuje, że autor wierzy w istnienie jakiejś siły wyższej, dzięki której ludzkość może przetrwać nawet najgorsze momenty w historii i odbudować zniszczenia, odrodzić się moralnie i po prostu żyć dalej.
Polecam ,,Miasto Umarłych” i czekam na kolejne książki Reńcy.