niedziela, 28 maja 2017

Historia Kościoła Katolickiego dla młodzieży i nie tylko czyli jak odświeżyć sobie dzieje naszej cywilizacji.


Tym razem do recenzji otrzymałem wielce interesującą książkę pt. Historia Kościoła Katolickiego dla Młodzieży, wydaną przez wydawnictwo Prohibita. Autorem jest Bł. Ks. Roman Archutowski a najnowsze wydanie jego podręcznika oparte jest na oryginalnym wydaniu 10-tym. Ten tekst jest pierwszą częścią, ponieważ, krótka z początku recenzja, rozrosła się na dwanaście stron tekstu, co tylko potwierdza, że koło przedmiotu recenzji nie można przejść obojętnie.

        
Dlaczego taki, sądząc po tytule, zwykły, szkolny podręcznik, uważam za arcyciekawy? Z wielu powodów. Po pierwsze ciekawą postacią był sam autor – ceniony pedagog, darzony przez młodzież autorytetem, wieloletni dyrektor gimnazjum, rektor seminarium duchownego w Warszawie. Już na samym początku okupacji Niemcy rozstrzelali najstarszego brata księdza Romana, Wiktora. Następnie, po wydaniu przez Hitlera komunikatu na temat polityki wobec polskiej elity inteligenckiej, który brzmiał następująco: "Uniwersytety i inne szkoły wyższe, szkoły zawodowe, jak i szkoły średnie były zawsze ośrodkiem polskiego szowinistycznego wychowania i dlatego powinny być w ogóle zamknięte. Należy zezwolić jedynie na szkoły podstawowe, które powinny nauczać jedynie najbardziej prymitywnych rzeczy: rachunków, czytania i pisania. Nauka w waż­nych narodowo dziedzinach, jak geografia, historia, historia literatury oraz gimnastyka, musi być zakazana”, zabrali się za fizyczną likwidację nauczycieli akademickich, duchownych i innych członków grup społecznych tworzących elitę. Ksiądz Archutowski, pod zarzutem ukrywania i przemycania w bezpieczne miejsca Żydów,  został uwięziony na Pawiaku w 1942 roku, gdzie poddano go licznym torturom. Rok później księdza Archutowskiego przewieziono do obozu koncentracyjnego w Treblince, gdzie wkrótce zmarł na tyfus. Mimo ciężkich warunków i śmiertelnej choroby, do końca życia pomagał współwięźniom, oddawał im swoje racje żywnościowe, spowiadał i udzielał ostatniego namaszczenia. Jan Paweł II beatyfikował go w 1999 roku.

      Po drugie jest to książka napisana w 1930 roku, co sprawia, że jej treść nie jest jeszcze przesiąknięta współczesnym modernizmem, owijaniem wszystkiego w bibułkę, rozwadnianiem i spłaszczaniem. Nie znaczy to oczywiście, że jest to podręcznik ściśle integrystyczny – autor mimo, iż jest księdzem i pisze swego rodzaju apologię, nie unika krytycznych osądów, wtedy kiedy rzeczywiście są potrzebne i historycznie uzasadnione. Szczegółowo opiszemy to zresztą w dalszej części recenzji, ale już na wstępie warto wspomnieć, że każdy rozdział kończy się krótkim podsumowaniem zarówno niewątpliwie wspaniałych osiągnięć chrześcijaństwa i Kościoła, jak i równie niewątpliwych błędów.
Po trzecie, mimo że jest to siłą rzeczy bardzo skrótowy opis historii cywilizacji katolickiej, potrafi zaskoczyć  rzeczami ciekawymi i nowymi nawet dla kogoś sprawnie orientującego się w historii Kościoła. Wiele rzeczy też uściśla, przypomina, czy też pozwala ponownie rozważyć. Ja, gdy uważnie czytałem ów podręcznik, co rusz wracałem pamięcią do innych dzieł o podobnej tematyce, zarówno tych przeczytanych ostatnio, jak i szmat czasu temu. Pierwsze, co mi się nasunęło na myśl, to że jest to trochę taki Warren H. Carroll. Oczywiście w bardzo dużym skrócie ponieważ dzieło Carrolla jest wielotomowe, z przeogromną ilością materiału, źródeł itp., ale właśnie książka Archutowskiego dobrze oddaje duch Historii Chrześcijaństwa. Również tutaj głównym zamysłem było pokazanie, że czynnik nadprzyrodzony, a konkretnie Bóg i Duch Święty, działają w historii, a Kościół został ustanowiony i założony przez Jezusa Chrystusa, przez co stał się Jego instrumentem na ziemi. Poprzez czynnik ludzki, który zawsze jest skażony wadą, złem, niedoskonałością, również działania Kościoła miały ten mankament, ale sama instytucja, co podkreślają zarówno Archutowski, jak i Carroll, była, jest i będzie dla katolików święta, ponieważ nie została założona przez człowieka. Oczywiście nie tylko WH Carroll przypominał mi się podczas lektury. Kiedy autor wspomina pokonanie Kartaginy przez Rzym i zaznacza znaczenie tego faktu dla rozwoju cywilizacji chrześcijańskiej, od razu nasuwa się skojarzenie z Człowiekiem Wiekuistym Chestertona, w którym to Anglik właśnie to wydarzenie traktuje jako kluczowe w walce dobrego pogaństwa z pogaństwem złym[1].
Z kolei gdy w toku lektury doszedłem do sporu papiestwa z cesarstwem o tak zwaną inwestyturę a faktycznie o niezależność Kościoła od państwa, od razu wróciłem myślami do książki Adama Wielomskiego Teokracja Papieska 1073-1378[2], która jest bezsprzecznie najlepszym, dostępnym w Polsce omówieniem tej kwestii w okresie średniowiecza a uzupełnia ją równie dobra Myśl polityczna reformacji i kontrreformacji. Rewolucja protestancka[3], tego samego autora. Zagłębiając się bardziej w podręcznik księdza Archutowskiego, możemy stwierdzić, że drugą myślą przewodnią jest właśnie wskazanie na odwieczną rywalizację porządku duchowego ze świeckim i ich wzajemne próby zdominowania się nawzajem, bądź też uniezależniania od siebie. Uważam, że słusznym będzie obszerne przywołanie w tym miejscu kolejnego autora, o którym pomyślałem w trakcie czytania recenzowanej książki. Moim zdaniem najbardziej klarowną i zrozumiałą klasyfikację owych relacji przedstawił hiszpański filozof polityki i prawa Juan Vasguez de Mella[4]. Według tego teoretyka karlizmu[5] relacja państwo-Kościół kształtuje się dokładnie tak samo jak relacje pomiędzy katolikiem a obywatelem,  wiarą i rozumem oraz porządkiem naturalnym i ponadnaturalnym. Każda z tych relacji może przybrać cztery formy: 1) Katolik może zostać pochłonięty przez obywatela; 2) Obywatel i katolik są od siebie całkowicie rozdzieleni; 3) Obywatel jest pochłonięty przez katolika; 4) Obywatel jest zjednoczony z katolikiem, ale będąc zjednoczonym pozostaje sam w sobie różny[6].
Idąc tym tropem również Kościół może być pochłonięty przez państwo, wiara przez rozum, a porządek nadnaturalny przez porządek naturalny. W takim wypadku efektem będzie etatystyczne państwo ateistyczne, lub cezaropapizm. W drugim wypadku wszystkie domeny są od siebie całkowicie rozdzielone, co skutkuje indyferentnym wyznaniowo państwem, częściowym ateizmem i faktyczną dominacją państwa, gdyż to ciągle ono (mimo braku wchłonięcia, przy jedynie całkowitym rozdzieleniu) dysponuje środkami materialnymi i przymusu, gwarantującymi mu przewagę. Trzecia sytuacja zakłada odwrotność pierwszej czyli całkowite wchłonięcie państwa przez Kościół, obywatela przez katolika, rozumu przez wiarę i porządku naturalnego przez nadnaturalny.
W efekcie otrzymujemy skrajną teokrację, równie obcą teologii chrześcijańskiej, gdyż faktycznie nie będącą rządem Boga, ale wyłącznie jego kapłanów. Jest to tak zwany papocezaryzm, któremu w rzeczywistości bliżej do islamskiego, niż chrześcijańskiego rozumienia relacji państwo-Kościół. I w reszcie czwarta relacja zakłada sytuację, w której państwo pozostaje różne od Kościoła, rozum od wiary, obywatel od katolika, a porządek naturalny od ponadnaturalnego, każda z dziedzin zachowuje swoje właściwości, przy jednoczesnym moralnym i doktrynalnym zjednoczeniu. Państwo zatem zachowuje swoje ziemskie kompetencje ale moralnie podporządkowane jest władzy duchownej. Władza duchowna natomiast jest fizycznie zależna od państwa, jednak zachowuje nad nim władzę dyscyplinującą. W takiej relacji zarówno państwo, jak i Kościół, działając w jednym organizmie mogą powściągać swoje teokratyczne, bądź cezarystyczne zapędy. Oczywiście nie trzeba chyba nadmieniać, że to właśnie ta koncepcja najbliższa była większości rozsądnych świeckich i duchownych teologów katolickich i także na kartach książki Archutowskiego właśnie taka relacja jest najbardziej pozytywnie oceniana, a za godne uznania przykłady do naśladowania, autor przedstawia młodzieży te postaci, które o powyżej opisaną pozycję Kościoła wobec państwa walczyły (i to po obu stronach ,,barykady”)
Dzięki temu, że jest to podręcznik, mamy w książce dobrze zachowaną systematykę i chronologię, czego często nie ma w bardziej rozwiniętych, czy pogłębionych naukowo książkach, dotykających podobnej tematyki. Archutowski przedstawił swoje dwie główne myśli przewodnie, czyli – przypomnijmy – realne działanie czynnika nadprzyrodzonego w historii i wielowiekowe zmagania instytucji duchowej ze świecką o prymat w świecie i prawdziwy rząd dusz, w podziale na cztery epoki. I - od założenia Kościoła do ogłoszenia edyktu mediolańskirgo (rok 313). II – od końca VII w. do XIV w. III – od początku XIV w. do połowy XVII w. IV – od XVII do ,,naszych czasów”, czyli w wypadku autora do 1930 roku. Każdą z tych epok, oprócz pierwszej, podzielił dodatkowo na okresy, które dobrze obrazują różne etapy rozwoju, wzlotów i upadków chrześcijaństwa i Kościoła.
Omawiając epokę pierwszą ksiądz oczywiście położył największy nacisk na samą działalność Chrystusa a potem apostołów, ale jako że nie jest to podręcznik stricte do religii, tylko historia Kościoła, to mamy tu dość proporcjonalnie rozłożone akcenty. W prostych, jasnych i opartych na Piśmie Świętych słowach przekazuje uczniom i innym czytelnikom, że to Jezus, czyli wcielony Bóg założył Kościół i dlatego, tak jak wspomnieliśmy na początku, nie jest to instytucja czysto ludzka. Wynika z tego, co zresztą autor porusza w dalszych częściach książki, że jeśli wierzy się w Boga, tak jak go przedstawia Biblia, nie można nie wierzyć w Kościół. Również z boskiego pochodzenia wywieść można, to że choć Kościół spotykały liczne kryzysy zewnętrzne i wewnętrzne, spowodowane rozmaitymi atakami ze strony jego wrogów i błędami jego własnych członków i wyznawców, to instytucja ta wciąż istnieje i wciąż zdobywa nowych wyznawców na niespotykaną dla żadnej innej religii skalę. Już zresztą na pierwszych stronicach napotykamy cytat z Tertuliana, który pokazuje, że po niespełna dwóch wiekach istnienia chrześcijaństwa, nie było niemal w całym, ówczesnym cywilizowanym świecie narodu, który by nie spotkał się z nauczaniem Chrystusa. I to bez internetu czy telefonów, ba ze znikomą ilością pisemnych środków przekazu: ,,Wczorajsi jesteśmy, a wszystko wasze wypełniliśmy: państwo, miasta, wyspy, zamki, nawet obóz, pałace, senat, rynek”. To pokazuje jaką siłę przyciągania miała wówczas owa dziwna, nowa wiara. Jak autor tłumaczy ten magnetyzm? Przede wszystkim tym, że w kastowym społeczeństwie panów i niewolników, jakim był Rzym, dawała nadzieję. I to nie tylko w przyszłym świecie. Chrystus nauczał, że przed Bogiem wszyscy ludzie są wolni i równi na ziemi, a po śmierci ich dobre lub złe uczynki zaważą na tym, gdzie trafią. Nie tylko jednak niewolnicy widzieli zalety chrześcijaństwa. Zupełnie nowe podejście do kobiecości, podkresla autor, przyciągało doń bardzo dużą liczbę kobiet. Uznanie, jakim darzono Matkę Boską i jej rolę w przyjściu na świat i wychowaniu Jezusa, przekładało się na szacunek do przedstawicielek płci pięknej, jako takich. Także chorzy, słabi, biedni, bezbronni po raz pierwszy zetknęli się z cywilizacją i religią, która nie skazywała ich na śmierć bezpośrednio (np. Sparta) lub pośrednio (Rzym, Kartagina, Egipt itp.). Pierwsi chrześcijanie gorliwie wypełniali przykazania, zbierając datki na najsłabszych przedstawicieli swoich wspólnot i oferując im innego rodzaju pomoc. W tym miejscu można zapytać: Dlaczego zatem, skoro nowe wyznanie wywracało istniejący świat do góry nogami, przyjmowali je z czasem również Rzymianie? Po pierwsze dlatego, że nie robiło tego za pomocą rewolucji politycznej. Chrześcijanie nie buntowali się przeciwko ziemskiej władzy, nie przeprowadzali powstań i przestrzegali prawa cesarza Rzymu dopóty, dopóki nie kazał im wypierać się ich Boga. Mogli normalnie funkcjonować w społeczeństwie, gdyby tylko rozmaici cesarze nie próbowali całej chwały boskiej przypisać wyłącznie sobie. Rzymian do chrześcijaństwa przyciągała też ofiarność wyznawców Chrystusa, a tą siłę woli i odwagę, nawykli do rygoru rzymianie podziwiali.
W tej części książki autor, oprócz powodów rozrostu wpływów chrześcijaństwa, opisuje również strukturę rodzącego się Kościoła, zwraca uwagę na to, jak funkcjonowały gminy, jak wybierano następcę św. Piotra oraz maluje smutny obraz licznych prześladowań, które miały miejsce tak samo pod rządami obłąkanego Nerona, jak i doskonałego zarządcy Trajana, czy króla-filozofa Marka Aureliusza. Zazdrość o własną boskość była silniejsza od innych wpływów, jednak warto zauważyć, że nawet cesarze, już na tamtym etapie, uznawali papieża niezaprzeczalnie za głowę Kościoła. Dlatego też większość z 32 papieży omawianego okresu poniosło śmierć męczeńską, gdyż właśnie przeciw nim Rzym kierował wpierw swe ostrze, myśląc, że ucinając głowę spowoduje uwiąd reszty. Podsumowując część pierwszą autor opisuje pierwsze herezje oraz ataki na Kościół przeprowadzane przez rzymskich pisarzy. Mamy zatem po krótce scharakteryzowane poglądy Celsusa, Lukiana z Samostaty, gnostycyzm, czy manicheizm (ujawniające się później na różnych etapach istnienia Kościoła, pod innymi postaciami) i tu również widzimy, o dziwo, że heretycy także swe pisma kierowali przeciw papieżowi, nieświadomie uznając go za przywódcę świata chrześcijańskiego.
Część druga zaczyna się od wydarzenia, które dla chrześcijaństwa stanowiło most pomiędzy epoką prześladowań a epoką wpierw akceptacji, a później uznania. Oto nawrócenie Konstantyna Wielkiego i edykt mediolański. Na jego mocy wyznawcy Chrystusa otrzymali równouprawnienie z poganami. Konstantyn zatem również nie był rewolucjonistą – wszak nie od razu uczynił chrystianizm religią panującą (a miał ku temu narzędzia), zmieniał prawo powoli, ulepszając je, modyfikując i z czasem rugując co bardziej barbarzyńskie praktyki istniejące w Rzymie. Jednakże panowanie Konstantyna nie oznaczało wcale, że chrześcijanie byli już w pełni bezpieczni. Wkrótce potem, jak pisze Archutowski, nastało panowanie Juliana Apostaty. Cesarz ten co prawda nie rozpoczął ponownych prześladowań fizycznych, ale od samego początku swych rządów wprowadzał przepisy krzywdzące chrześcijan. Przeciwko nim popierał żydów, pogan i heretyków, ponieważ twierdził, że wewnętrzne spory szybko zniszczą religię Chrystusa. Podobny cel miało zmuszania kapłanów do uczenia w szkołach pogańskich, odsunięcie chrześcijan od wszelkich urzędów i awansów, zamknięcie wielu szkół (standardowa metoda każdej władzy świeckiej walczącej z Kościołem, kończąca się zawsze upadkiem szkolnictwa w danej epoce). Próbował też wprowadzać wzmocnić pogan poprzez wprowadzenie celibatu, utworzenie pogańskich zakonów i zakładów dobroczynnych. Żaden z tych elementów, typowych dla chrześcijaństwa, nie przyjął się w pogaństwie rzymskim, które wkrótce po śmierci Juliana, praktycznie zamarło. Mimo powolnego ugruntowywania swej pozycji, Kościół nie mógł spocząć na laurach ponieważ pojawiły się pierwsze, wielkie herezje. Autor w bardzo przejrzysty sposób tłumaczy czytelnikom, na czym one polegały. Wymienia trzy grupy herezji: ,,a) teologiczne, tj. dotyczące nauki o Bogu i Trójcy Świętej; b) chrystologiczne, tj. poruszające naukę o Chrystusie;  c) antropologiczne, tj. dotyczące nauki o człowieku, początku zła i potrzebie łaski.” Do pierwszej grupy zalicza głównie arianizm, do drugiej nestorianizm i monofizytyzm, a do trzeciej pelagianizm i celastianizm.  Myśląc dziś o herezjach, myślimy potocznie, że były to jakieś nieistotne spory teologów o ilość diabłów na główce od szpilki. Niestety jest to całkowicie błędny pogląd, ponieważ ówczesne, a także późniejsze (niemal do XVIII wieku) herezje poruszały w posadach cały cywilizowany świat łacińsko-grecki i wszystkie warstwy społeczne brały udział w tych sporach. Ludzie wówczas nie uważali, że kwestie teologiczne są nieistotne – poprawnie zdefiniowany charakter natury Chrystusa, czy natury człowieka był czymś najważniejszym, od czego zależeć mogła koncepcja władzy, wolności, wolnej woli, pokuty, ważności złych i dobrych uczynków, własności itp. Dlatego też ruchy heretyckie i reakcja przeciw nim były tak wyraźne i silne. Jednakże Kościół potrafił wówczas przezwyciężyć te podziały, głównie dzięki wielkim ludziom epoki, jakimi byli św. Atanazy, który praktycznie w pojedynkę pokonał arianizm; św. Bazyli Wielki, będący twórcą reguły, która dała podstawę praktycznie wszystkim zakonom na wschodzie; św. Grzegorz z Nazjanu, św. Jan Chryzostom, niezrównany mówca; św. Ambroży, który nie bał się przeciwstawić cesarzom; św. Augustyn, jeden z największych filozofów Kościoła, wskrzesiciel Platona, twórca systematycznej nauki o państwie, którego wpływy sięgają do dziś, czy św. Benedykt z Nursji, twórca zakonów zachodnich i reguły, praktykowanej później w większości zakonów i klasztorów. Już za życia Benedykta zakony rozprzestrzeniły się po Europie, dając zajęcie nie tylko mnichom, ale też okolicznej ludności, która znajdowała pracę przy melioracji, uprawach, wycince lasów, czy budownictwie. Reguła św. Benedykta była zresztą przykładem na idealną (co niestety w historii rzadkie) współpracę między monarchami, papieżami a zakonami. Dzięki wstawiennictwie papieży, poparciu monarchów i pracy mnichów, objęła swoim zasięgiem cały świat zachodni.
W tamtej epoce, jak twierdzi autor, chrześcijaństwo skuteczniej, piękniej i bardziej naturalnie rozwijało się na zachodzie niż na wschodzie. W zachodniej Europie zaczęła się współpraca między monarchami a papieżami, która polegała na delikatnej równowadze, gdzie czynnik duchowny niezależny był od świeckiego i nawzajem, choć oba przenikały się swoimi wpływami. Archutowski jako przykład podaje choćby relację między św. Remigiuszem a św. Chlodwigiem, dzięki której nastąpiło nawrócenie Franków i przyjęcie przez nich chrztu, co później poskutkowało powstaniem pierwszego, chrześcijańskiego imperium pod panowaniem Karola Wielkiego. Jako wielkich orędowników takowego podejścia autor wymienia też papieży św. Leona I Wielkiego i św. Grzegorza I Wielkiego. Na Wschodzie jednak sytuacja nie wyglądała już tak dobrze. Tam bowiem czynnik świecki nie tyle przeważył, co zaczął wchłaniać czynnik duchowy i łączyć wszystko w całość. Cesarze przyznawali sobie godność niemal świętych, co i rusz ingerowali w sprawy dogmatyczne, a to popierając heretyków, a to ich zwalczając, regulowali sprawy hierarchii kościelnej, a nawet mieszali się do spraw wewnętrznych zakonów. Takie podejście nazywamy dziś bizantynizmem, lub teokracją cesarską, o czym pisałem wyżej, przywołując klasyfikację De Melli. Podsumowując, okres drugi tej epoki autor słusznie wskazuje, że czas największych herezji, jest czasem wielkich doktorów i świętych Kościoła. Jest też czasem ekspansji religijnej i nawracania kolejnych narodów: Francji, Anglii, czy Irlandii. 
Omówienie pierwszego okresu Epoki Drugiej, autor zaczyna od doniosłego momentu, czyli założenia Państwa Kościelnego w 755 roku. Ważnym jest podkreślenie, że jest to praktycznie pierwsze państwo, które powstało wyłącznie z dobrowolnych darowizn. Państwo Kościelne obejmowało początkowo Rzym i egzarchat, czyli Rawennę wraz z okolicą. Był to obszar niewielki, ale jak podkreśla autor, dawał papieżom środki na utrzymanie administracji Kościoła, prowadzenie misji i akcji dobroczynnych. Podnosił też powagę papiestwa w oczach władców świeckich i ułatwiał kontakty z nimi. Archutowski zaznacza jednak, że posiadanie państwa i sprawowanie władzy świeckiej niejednokrotnie odciągało papieży od spraw religijnych i przynosiło Kościołowi szkodę. 
Jednym z najważniejszych wydarzeń drugiego okresu Epoki Drugiej było też panowanie Karola Wielkiego. Władca patrzył i myślał szerzej niż większość innych monarchów tamtych a także i następnych czasów. Podręcznik wylicza jego najważniejsze zasługi: budował klasztory, kościoły, szkoły – dbał o rozwój nauki czytania wśród poddanych, z najzdolniejszych absolwentów rekrutował swą kadrę zarządczą, jakbyśmy dziś powiedzieli. Ujednolicał prawodawstwo państwowe, tak żeby współgrało z kościelnym, przez co unikał wielu sporów prawnych. Dbał też o inne dziedziny, w tym piękno – wprowadził grę na organach do nabożeństw i naukę śpiewu do szkół, o czym mało kto dziś pamięta. Nie oparł się jednak pokusom wszystkich władców, czyli próbom przymuszania rządzonych do swoich pomysłów – dzisiejsi fanatycy państwowej edukacji obowiązkowej powinni uczynić Karola swym patronem, ponieważ to on był jednym z pomysłodawców przymusowego posyłania dzieci do szkół.  Mimo takich zapędów Karol Wielki w pełni zasłużył na swój przydomek – oprócz wymienionych wyżej osiągnięć zasłużył się min. tworzeniem bibliotek, dbaniem o dzieła sztuki, sprowadzeniem do swego państwa najznakomitszych uczonych owych czasów, w tym słynnego Alkuina. Zjednoczył pod swymi rządami wiele różnych plemion, zaprowadzając na terenach swego imperium chrześcijaństwo, w większości wypadków pokojowo. Nie obyło się jednak bez mało chwalebnych incydentów, jak np. przymusowe nawracanie Sasów (ani ja, ani autor, nie bronimy oczywiście dzikich i barbarzyńskich Sasów, a jedynie krytykujemy taką metodę stosowaną przez Karola), połączone z wycięciem w pień kilku tysięcy z nich. Po śmierci wielkiego władcy jego państwo niestety nie przetrwało, podzielone między dużo mniej zdolnych synów a potem wnuków, jednakże duch cywilizacji, który udało mu się zaimplementować przetrwał o wiele dłużej i dostrzegamy go także i dzisiaj. W warunkach walki o władzę pomiędzy nowymi władcami, również Kościół nie uniknął wplątania się w te spory. Wraz z nimi pojawiło się zagrożenie nowego typu, charakterystyczne dotąd w Bizancjum – początki sporu o tzw. inwestyturę, czyli wybór biskupów. Monarchowie, chcąc zdobyć większe wpływy polityczne, pragnęli zawłaszczyć to prawo i samemu mianować książąt Kościoła, Kościół natomiast walczył o swoje i w ten sposób rozgorzał kilkuwiekowy konflikt. Dodatkowo, do Kościoła wdarł się mocno czynnik świecki. Biskupi mianowani przez królów często nie byli duchownymi, to samo tyczyło się opatów klasztorów. Autor, bez ogródek stwierdza, że w ten sposób wyniesieni biskupi byli raczej urzędnikami państwowymi i obrońcami króla niż przedstawicielami Kościoła. Również klasztory utraciły swój religijny charakter, sprzeniewierzyły się swojemu zadaniu. W takiej sytuacji pojawienie się złych lub niegodnych papieży było tylko kwestią czasu i oto Stolica Piotrowa otrzymała takowych: Stefana V, Bonifacego VI, Sergiusza III i IV, Jana X i Jana XII. Doszło do tego zupełne rozprzężenie w Rzymie, którego skutkiem była walka stronnictw, starcia uliczne, mordowanie duchownych i siebie nawzajem przez rozmaite bandy, należące do tej, czy innej znacznej rodziny rzymskiej. Archutowski wskazuje, że kres kryzysowi położył ostatnim wysiłkiem woli Jan XII, odkupując po części swe wcześniejsze przewiny. Wezwał bowiem na pomoc króla Niemiec, Ottona I, będącego wreszcie godnym następcą Karola Wielkiego. Otton zaprowadził porządek, wymusił na rzymianach obietnicę dopuszczenia do wolnego wyboru papieża a sam obiecał papieżowi ochronę. Ten nowy stan miał jednak swoją cenę – wyzwalając papieża spod mocy rzymian zaczął go powoli uzależniać od cesarza, którym w tamtym momencie był godny swego urzędu Otton I ale później?  Według nowych ustaleń papieża mieli wybierać kardynałowie, bez udziału ludu i tak też wyboru dokonuje się również dzisiaj. 

      
Kiedy jeden kryzys został zażegnany, wnet pojawił się nowy, który tlił się już od dłuższego czasu. Od przeszło dwu stuleci jedność między Wschodem a Zachodem była tylko umowna, jeszcze bardziej podkopała ją herezja obrazoburców wspierana przez kilku cesarzy, a w 1054 roku doszło do formalnej schizmy i patriarchaty Wschodu oderwały się od Kościoła. Taka sytuacja również ma miejsce dzisiaj – przetrwała upadek Konstantynopola i dzięki powstaniu Moskwy, dotrwała do XXI wieku. Prawosławie jest jednak wyznaniem schizmatyckim a nie heretyckim – ma inne obrzędy, nie uznaje papieża lecz podstawowe dogmaty są w nim takie same jak w Kościele katolickim. Ksiądz Archutowski, opisując to oderwanie pokazuje, że katolicyzm, jak w wypadku każdego kryzysu, momentalnie się podniósł kierując swój wzrok na ludy skandynawskie. Brutalni wikingowie, którzy w VIII, IX i w początkach X wieku pustoszyli wybrzeża Irlandii, Anglii i Francji, z czasem zaczęli osiedlać się coraz głębiej na tych terenach, czego skutkiem był nie tylko podbój, ale również nasiąkanie przybyszów kulturą i religią podbitych państw. W X i XI wieku nastąpiło przyjęcie chrztu przez Norwegię, Danię, Szwecję i Islandię, a poszczególne wspólnoty osiedliły się nawet na Grenlandii. Również na wschodzie nastąpiły liczne nawrócenia, podzielone mniej więcej po połowie między prawosławie a katolicyzm. Czechy, Węgry i Polska (której autor poświęca sporo miejsca na kartach swego podręcznika) przyjęły religię rzymską a Ruś i Bułgaria prawosławie. Od tego momentu można mówić, że prawie cała Europa stała się chrześcijańska. Dlaczego prawie? Otóż za sprawą powstania i ekspansji Islamu. Jak słusznie zauważa autor książki, ta najdłuższa wojna świata, rozpoczęta we wczesnym średniowieczu, wraz ze zdobyciem przez mahometan Hiszpanii w 711, trwa do dziś. Archutowski nie wacha się stwierdzić, że religia islamska powstała pod wpływem fałszywych objawień, jakich doznał Mahomet. Dziś taki pogląd spotkałby się na pewno z atakiem obrońców wielokulturowej Europy, ale w 1930 roku był jeszcze czymś normalnym, zwłaszcza w ustach katolickiego księdza. W szkołach, na lekcjach religii nie nauczano, że wszystkie religie są równe, ponieważ wciąż silne było poczucie jedynej prawdy, za którą akurat katolicy uznawali istnienie Boga w Trzech Osobach. Muzułmanie, uznając Jezusa jedynie za proroka, wyznają zaś jednego, niepodzielnego boga. Obie święte prawdy, dwóch potężnych religii, są ze sobą całkowicie sprzeczne, podobnie jak większość innych doktryn katolicyzmu i islamu, z czego jasno wynika, że któraś z nich musi być fałszywa. Nie dokonuję tutaj jednoznacznego stwierdzenia która, tylko wyjaśniam, podobnie jak autor recenzowanej książki, że nie może być dwóch równoznacznych prawd, a co za tym idzie dwóch równych religii. Albo jedna religia jest prawdziwa, a wszystkie inne fałszywe, albo wszystkie bez wyjątku są fałszywe. Innych możliwości brak.


[1] O filozoficznej różnicy między Kartaginą a Rzymem w: G.K. Chesterton, Człowiek Wiekuisty, Fronda, Warszawa 2004,
s. 213-257.  G.K. Chesterton uważał, że konflikt Rzymu z Kartaginą był przede wszystkim wojną cywilizacyjna, wręcz religijną, między światem, w którym panuje mroczne pragnienie krwi i kult demonów (Kartagina) a światem, który mimo licznych wad, jest w stanie zrozumieć i przyjąć chrześcijaństwo (Rzym).  Starożytny, przedchrześcijański Rzym autor nazwał najlepszym pogaństwem, czyli takim, które pokonało swoje najgorsze, duchowe instynkty.
[2] A. Wielomski, Teokracja Papieska 1073-1378, von Boroviecky, Warszawa 2011.
[3] A. Wielomski, Myśl Polityczna Reformacji  i Kontrreformacji. Tom I – Rewolucja Protestancka, VonBorowiecky, Radzymin 2013
[4] Najdokładniejsze omówienie myśli tegoż w języku polskim w: J. Bartyzel, Nic bez Boga, nic bez Tradycji. Kosmowizja Polityczna Tradycjonalizmu Karlistowskiego w Hiszpanii, vonBorowiecky, Warszawa 2015, s. 189-200.
[5]Karlizm – główny nurt tradycjonalizmu hiszpańskiego, zawierający w sobie monarchizm, legitymizm, tradycjonalizm religijny i wierność dawnym, naturalnym uprawnieniom regionalnym. Więcej w Bartyzel, op. cit. I Adam Wielomski, Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej, Arte, 2012, s. 23-55 i 229 - 250
[6] J. Vasquez de Mella, El tradicionalismoespaol. Ideario social y politico, Estudiopreliminar, selection y notas de Rafael Gambra, dicto, Buenos Aires 1980, s. 90-92.

środa, 17 maja 2017

Sebastian Reńca - ,,Miasto Umarłych’’: Wyważone odcienie ponurej szarości’’


Od wydawnictwa Prohibita otrzymałem do recenzji najnowszą książkę Sebastiana  Reńcy pt. ,,Miasto Umarłych’’. Znałem autora choćby ze zbioru opowiadań ,,Wiktoria” czy z, zachwalanej przez Waldemara Łysiaka, powieści ,,Niewidzialni”. Ta książka zapewne już by aż tak wspomnianemu Łysiakowi do gustu nie przypadła ponieważ zawiera niektóre ,,rewizjonistyczne” tezy rodem z Ziemkiewicza czy Zychowicza, o czym będzie w dalszej części recenzji.

W Polsce mamy obecnie wręcz wysyp bardzo zdolnych pisarzy z ,,młodego” lub średniego pokolenia, piszących w zbliżonej manierze. Poczynając od nieco zblazowanej prawdziwej gwiazdy – Szczepana Twardocha, który potrafił przeskoczyć z niszowej ,,fantastyki” do głównego nurtu, przez Jakuba Małeckiego,  znanego ale moim zdaniem nie dość  docenianego, po Jakuba Żulczyka, który zgrabnie łączy elementy horroru z wątkami obyczajowymi i tzw. moralnego niepokoju. Są też bardziej ,,fantastyczni” Jakub Ćwiek (może to imię predestynuje jakoś do pisarstwa) i Łukasz  Śmigiel. Sebastiana Reńcę (rocznik 76) również można śmiało wpisać w ów nurt. Podejmuje on w swoim pisarstwie tematy trudne, wciąż będące zadrą w naszej narodowej przeszłości i teraźniejszości. Nie pisze w manierze krótkich, urywanych zdań, jak zdarza się to Twardochowi i Małeckiemu, ale również jego książki są, delikatnie mówiąc, dość ponure, pełne obrazów smutnych, pokazujących ból, krzywdę i cierpienie. Całe, wspomniane przeze mnie pokolenie ma tą  ,,przypadłość”, że piękno i dobro, jeśli w ogóle się gdzieś w ich twórczości pojawiają, to spychane są na dalszy plan. U Reńcy i tak jest stosunkowo dużo uwidocznionych i podkreślonych dobrych postaw, zachowań, czy wzorców.
     Jeśli miałbym opisać tę książkę jednym słowem, to bez wątpienia byłoby to słowo ,,wyważona’’. Pisać o wojnie i powojennej okupacji sowieckiej w sposób podkreślający tak wiele odcieni szarości i tak wiele różnych postaw to prawdziwa sztuka i tu właśnie upatruję największej wartości recenzowanej powieści. U Reńcy nie fabuła jest najważniejsza, bo i jej, w przeciwieństwie choćby do literatury kryminalnej, właściwie nie ma. Jest za to obserwacja, podkreślamy że czasami chłodna, zachowania ludzi w ekstremalnych warunkach wojny i powojnia. I w tej powieści, tak jak w rzeczywistości, w takowych warunkach owe zachowania są często ekstremalne.
    W historii autora głównym bohaterem są Gliwice i ich okolice w czasie wojny i tuż po, choć pojawia się też i zrujnowana Warszawa, czy inne miejsca w dalszym tle. Opowieść o losach różnych ludzi snuta jest wokół losów tajemniczego Łazarza, człowieka który mieszka w cmentarnych kryptach. Mamy w tej smutnej historii analizę problemów alkoholowych tamtych czasów, zobrazowanie  mentalności sekty kiedy to młody Łazarz spotyka mrocznego Nevidonasa a także nieszczęśliwą miłość. Dla uważnego czytelnika bardzo ciekawe są liczne odniesienia do starożytnych filozofów, postaci z Biblii, czy literackiej klasyki. Bohaterowie konspiracji przyjmują pseudonimy np Katona lub Melchiora a inne postaci mówią cytatami z Platona, Seneki lub Goethego. Widać też w jednym miejscu, że autor odwdzięcza się Waldemarowi Łysiakowi za pozytywne opinie o poprzedniej książce. Umieszcza bowiem w jednej z opowieści duńskiego pisarza Baldheda piszącego o kutrze rybackim, a jak zorientowany czytelnik wie, Łysiakow używał czasem pseudonimu Baldhead i napisał powieść pt. ,,Statek”:). Jako, że jesteśmy już przy Łysiaku, to pora powiedzieć o ,,rewizjonistycznych” tezach u Reńcy, które z kolei autor ,,Statku” zawzięcie zwalcza na łamach np czasopisma ,,Do Rzeczy”. Jak już wspomniałem, książka jest wyważona a nie czarno-biała z nieprzekraczalnym podziałem na dobrych i złych. Tutaj polscy patrioci, partyzanci, też popełniają złe uczynki (np s 50). Winą za wojnę autor oczywiście obarcza Niemcy ale też uczciwie stwierdza, co udowodnili liczni historycy, że duża część  zwykłych obywateli Rzeszy albo nie wiedziała o obozach albo miała o nich nikłe pojęcie (s.88-89). O zgrozo pojawiają się też dobrzy Rosjanie (s.102) lecz oczywiście ogólne okrucieństwo Armii Czerwonej zostaje doskonale uwypuklone. W książce spotkamy też uczciwych i prawych funkcjonariuszy MO a nawet PRL-owskich sędziów. Nie ma też, tak drażniącej u rodzimych antykomunistów, jednoznacznej oceny kolaboracji (np.s 104). Reńca rozumie, że ubeckie  metody były w stanie złamać nawet najtwardszych ludzi. Z drugiej strony autor świetnie rozlicza się z lizusowską elitą intelektualną, piszącą peany na cześć tow. Stalina. Podkreśla też świetnie głupotę piłsudczykowskich władz, które po ,,cudzie nad Wisłą” nie dobiły czerwonych i pozwoliły odrodzić się najbardziej zbrodniczemu reżimowi w historii. Tu wyraźnie widać wpływ Zychowicza.

Odchodząc od rewizjonistycznych wątków w powieści należy podkreślić, że Reńca wspaniałe pokazuje obraz polskiej wsi przed, w trakcie i po wojnie, trochę w stylu Małeckiego z ostatniej powieści tegoż. Zwraca też uwagę na słabość polskiej konspiracji powojennej, która przyzwyczajona do dość schematycznego Gestapo, była bezradna wobec zupełnie nowych metod NKWD i UB. Dla mnie istotne też były wątki religijne, które poruszył autor a szczególnie istnienie zła w świecie stworzonym przez doskonałego Boga oraz ciekawie opisane dylematy ateisty (o których czytałem w tym samym czasie u Knoxa w ,,Ukrytym Strumieniu”).
Sam język książki jest prosty, w pozytywnym tego słowa znaczeniu – autor potrafi jasno mówić o trudnych sprawach.  Idealnie ukazuje np mentalność sowiecką czy skrajne zezwierzęcenie ss-manów w końcowym etapie wojny. Widzimy też jak KAŻDA nieograniczona władza zawsze w końcu uczyni z ludzi niewolników a ,,element” niewygodny, nie pasujący do wąskich ram ideologicznych systemu, zostanie wyeliminowany fizycznie.
Podsumowując, jednak nie tylko smutek i żal przebija z kart tej książki. Jedna z bohaterek, Róża, potrafi nawet w obliczu tragedii dziwić się dlaczego ludzie nie cieszą się z małych i prostych rzeczy, które mają. Takie dyskretne ,,przemycenie" dobra do świata, który się stoczył prawie na dno w czasie II wojny światowej, pokazuje, że autor wierzy w istnienie jakiejś siły wyższej, dzięki której ludzkość może przetrwać nawet najgorsze momenty w historii i odbudować zniszczenia, odrodzić się moralnie i po prostu żyć dalej.
Polecam ,,Miasto Umarłych” i czekam na kolejne książki Reńcy.

piątek, 7 kwietnia 2017

Leon Degrelle - ,,Wiek Hitlera. Tom I“ - jak mieć Hitlera w tytule, nie pisząc o nim.


W drugiej połowie zeszłego roku na półki księgarń trafiła książka Leona Degrelle pt. ,,Wiek Hitlera. Tom I”.  Książka wywołała kontrowersje zanim została przez kogokolwiek przeczytana. Dlaczego tak się stało? chodzi oczywiście o postać samego autora. Leon Degrelle był założycielem belgijskiej partii ludowo-prawicowej Christus Rex, a następnie żołnierzem i dowódcą walczącego w drugiej wojnie światowej po stronie III Rzeszy legionu SS Walonia. Degrelle walczył z sukcesami na froncie wschodnim, za które to walki otrzymał Krzyż Żelazny. Po wojnie w brawurowy sposób uciekł z okupowanych przez Aliantów terenów do Hiszpanii, gdzie uzyskał azyl od generała Franco. Rząd Belgii skazał Degrelle’a zaocznie na karę śmierci za służbę w Waffen SS. W Polsce ta ciekawa postać odbierana jest w sposób skrajny, zarówno przez lewicę, jak i niektóre odłamy prawicy. Środowiska związane z Gazetą Wyborczą i stowarzyszeniem Nigdy Więcej , ilekroć tylko na półki księgarń trafi jakakolwiek książka autorstwa Degrelle’a, prowadzą swoistą anty-krucjatę w celu zablokowania jej dalszej edycji i/lub wycofania nakładu z obiegu (swoje zrobił też Empik ustawiając książkę ze zdjęciem Hitl;era na okładce obok książki zmarłego LEcha Kaczyńskiego i na pewno nie był to przypadek a celowy zabieg - zdjęcie na dole tekstu). Używają przy tym typowego argumentu ,,myślozbrodni”: skoro autor był nazistą (czy w rzeczywistości był to kwestia problematyczna), to nie można czytać jego książek, bo to propagowanie nazizmu. Oczywiście czytanie Mao, Lenina czy Stalina propagowaniem komunizmu nie jest. Z kolei środowiska typu narodowo-radykalnego podchodzą do belgijskiego polityka i żołnierza w sposób zupełnie bezkrytyczny, traktując go jak wielkiego bohatera i zupełnie nie zauważając jego oczywistego antypolonizmu, antyslawizmu, o antysemityzmie nawet nie wspominając.
Próbując spojrzeć zarówno na postać autora jak i na jego książkę z konserwatywnego punktu widzenia należy odrzucić oba skrajnie zideologizowane obrazy Degrelle’a. Idąc w ślad za słynnym scholium Gomeza Davili, mówiącym że ,,konserwatysta nie stoi na prawo od lewicy, tylko naprzeciwko niej”, punkt widzenia środowisk GW i NW odrzucam w całości, jako po prostu absurdalny. Jak można walczyć z jakąkolwiek ideologią nie znając jej podstaw a do tego przecież prowadzi cenzurowanie książek bądź wycofywanie ich nakładów? Zresztą metoda proponowana przez GW nacechowana jest ideową schizofrenią. Z jednej strony co rusz słyszymy hasła dotyczące walki o wolność mediów, wolność słowa i wypowiedzi, z drugiej dostajemy co trochę paszkwil godny cenzorów rodem z ZSRR czy III Rzeszy właśnie, taki jak choćby artykuł Rafała Wójcika (http://wyborcza.pl/1,75398,20721993,wiek-hitlera-w-polsce-antysemicka-antyslowianska-i-antypolska.html), który to książki, jestem prawie pewny, nie przeczytał, oceniając ją chyba tylko po okładce i pośpiesznie sprawdzając w Wikipedii, któż to ten Degrelle był. Autor artykułu w tytule zamieścił hasło ,,antypolska książka”, mimo iż w tomie pierwszym o Polsce są może ze dwa zdania. Rzeczona schizofrenia ideowa pojawia się tu w dwójnasób, gdyż nagle autorom GW zaczyna przeszkadzać antypolonizm, który w wykonaniu niemieckich filmowców, izraelskiego instytutu Yad Vashem, amerykańskiej Ligi Przeciwko Zniesławieniu, czy wreszcie swoim własnym jakoś wcześniej nie tyle nie przeszkadzał, co nawet był chwalony jako przejaw uczciwego rozliczania nas z naszej ,,niechlubnej” historii. Przyznacie sami, że zachęty do cenzury w imię walki z antypolonizmem ze strony Gazety to dość niespotykana kombinacja, kojarzona dotychczas raczej z inną Gazetą – Polską. Na drugim biegunie mamy tymczasem środowiska narodowo-radykalne różnej maści, często skądinąd bardzo sympatyczne. Dla tychże, uogólniając oczywiście troszeczkę, Degrelle jawi się niczym mityczny bohater, niosący sztandar krucjaty antybolszewickiej. Antykomunizm ów przysłania narodowcom rzeczywistą niechęć Belga do Polaków (choć w przypadku ,,Wieku Hitlera” wyrażaną dopiero w drugim, nie omawianym tu, tomie), jawną fascynację nazizmem w ogóle a Hitlerem w szczególności (również widoczną w drugim tomie, pierwszy nie porusza tych tematów).
Jak zatem oceniać autora i książkę z pozycji konserwatywnych?  Przede wszystkim należy analizować ją w kontekście opisywanych wydarzeń, czyli genezy I Wojny Światowej, jej przebiegu a następnie skutków, nie używając do tego nowoczesnych, modernistycznych i ahistorycznych klisz pojęciowych. Jednym słowem ,,nie oceniać Sparty przez pryzmat praw człowieka”, jak mawiał jeden z moich wykładowców na politologii. Książka ta bowiem jest właśnie genialnym zapisem wydarzeń towarzyszących pierwszej wojnie, ich przenikliwą analizą i interpretacją. I to właśnie owa interpretacja powinna najbardziej przypaść do gustu konserwatywnemu czytelnikowi. Nie jest to bowiem typowy dla zachodniej w ogóle a anglo-saskiej w szczególności, zachwyt nad zwycięskim obozem Ententy. W większości książek o wojnie lat 1914-1918 czytamy, iż militarystyczne państwa centralne wywołały wojnę, następnie ją coraz bardziej brutalizowały aż wreszcie, na szczęście zostały pokonane przez zjednoczony, oczywiście demokratyczny, obóz Wolnego Świata. W przypadku Degrella akcenty rozłożone są zupełnie inaczej. Sympatyzuje on ewidentnie z obozem państw centralnych, a zwłaszcza z Rzeszą Niemiecką, choć sam jest przecież Belgiem i jego rodzinny kraj (a stało się to w czasie gdy dorastał) znalazł się właśnie pod niemiecką okupacją w czasie wojny. Jednak w przypadku autora to właśnie owa okupacja zadecydowała o kształtowaniu się takich a nie innych interpretacji wojny. Czytając, już po zakończeniu konfliktu, rozpowszechniane opinie o niesamowitym wręcz okrucieństwie Niemców w Belgii, o obcinaniu stóp jeńcom i rąk dzieciom, zaczął auto konfrontować owe doniesienia z faktami i sytuacjami, których sam był świadkiem. Zweryfikował, sprawdził źródła i doszedł do wniosku, że nie ma w tym wszystkim praktycznie krztyny prawdy. Łagodna okupacja rzeczywista nic a nic nie przypominała tej z francuskich czy angielskich gazet, gdzie Niemcy jawili się nieomal jako kanibale. Odkrywszy jedno fałszerstwo zaczął śledzić z pasją kolejne mity, przeinaczenia i niedomówienia, gromadzić imponującą wręcz wiedzę, poznawać osobiście (gdy już zaangażował się w politykę belgijską) aktorów minionych wydarzeń lub ich kronikarzy. Z tejże obserwacji powstał obszerny materiał na kilka tomów historycznej sagi dokumentalnej (o losach całości materiału opowiem w recenzji drugiego tomu), której pierwszy tom opowiada właśnie o losach Europy przed, w trakcie i po I wojnie światowej.
Nie można ukrywać, że jest to relacja stronnicza, zdecydowanie faworyzująca, jak już wspomniałem, Rzeszę i jej sojuszników. Jednakże ta stronniczość jest pewną zaletą książki, ponieważ wprowadza ożywczy wiatr w zbutwiały las zdominowanej przez anglo-sasów historiografii. Świeże spojrzenie na Wielką Wojnę to oczywiście nie jedyna zaleta dzieła Degrelle’a.Spojrzenie to bowiem zawiera w sobie gruntowną analizę przyczyn wojny, popartą ogromnym materiałem źródłowym, listami polityków ich wypowiedziami, protokołami z tajnych posiedzeń itp. Dowiadujemy się w ten sposób wiele na temat pro-wojennych działań ambasadorów i dyplomatów francuskich, rumuńskich, czy rosyjskich, odkrywamy tajemnice brytyjskich ,,warmongerów", a jeden z najciekawszych wątków stanowi historia ,,pułkownika" House'a, zakulisowego doradcy prezydenta Woodrow Wilsona i rzeczywistego kreatora amerykańskiej polityki w trakcie wojny i w Wersalu. Degrelle w ogóle bardzo dużo miejsca poświęca tajnej dyplomacji, próbując wykazać, że parcie do wojny nie było domeną Rzeszy a głównie państw Ententy. Również w trakcie konfliktu to często alianci dążyli do eskalacji, przeciągali działania zbrojne i odrzucali większość propozycji pokojowych (jak np. ta wystosowana przez cesarza Karola I i księcia Sykstusa Burbon-Parma), przez co globalna liczba ofiar Wielkiej Wojny przekroczyła wszelkie, nawet najstraszliwsze prognozy. 
Degrelle dużo uwagi przykłada także, jako żołnierz, do samych działań zbrojnych. Nie jest to jednak suchy opis manewrów, rozkazów i starć ale analiza błędów i szans. Jak mogłyby potoczyć się losy ofensywy niemieckiej na Francję z początku wojny gdyby nie opieszałość i nieudolność von Moltkego? Czy zdobycie Paryża w szybkim ataku pozwoliłoby zakończyć konflikt i uniknąć późniejszej hekatomby błota i okopów? W jaki sposób na takim przebiegu zdarzeń zaważyła bitwa pod Tannenbergiem? Dlaczego francuscy i angielscy dowódcy bezmyślnie posyłali setki tysięcy żołnierzy na linie okopów we Flandrii lub na tureckie umocnienia pod Gallipoli? Jak zachowywali się mniejsi sojusznicy obu stron? Na te wszystkie pytania stara się odpowiedzieć autor, tworząc spójną wizję świata wojny i polityki, do której włącza też wątki ideowe, rozmyślając nad tym w jaki sposób bunty, powstające ideologie i rewolucje wpłynęły na przebieg wojny, jej zakończenie oraz późniejsze rokowania ,,pokojowe" w Wersalu. Zresztą Wersal to osobna karta łącząca oba tomy Wieku Hitlera, której waloński polityk poświęca bardzo wiele miejsca i widać, że kwestia ta angażuje go emocjonalnie. 
Wszystko to sprawia, że materiał zawarty w Wieku Hitlera jest fascynującym świadectwem epoki, po które warto sięgnąć bez względu na uprzedzenia ideologiczne z lewej czy prawej strony. Wkrótce postaram się zrecenzować  tom drugi, który ma już zdecydowanie bardziej agresywną ideologicznie wymowę, acz wcale nie jest przez to mniej ciekawy.

środa, 22 marca 2017

Daniel Nogal – Betelowa Rebelia – wojna o niepodległość w klimacie steampunk


Otrzymałem ostatnio, bezpośrednio od autora, książkę pt. Betelowa Rebelia z autografem
i bonusem w postaci krótkich opowiadań tegoż. 

Po niedawnej lekturze powieści i opowiadań Szczepana Twardocha, Jakuba Małeckiego czy Łukasza Orbitowskiego, książka Daniela Nogala, nawiązująca do najlepszych wzorców klasycznej low fantasy (Wikipedia rzecze, że jest to konwencja literacka, będąca podgatunkiem fantasy, charakteryzująca się realizmem zbliżonym do świata rzeczywistego, bardzo często nawiązując do istniejących w nim realiów) stanowiła przyjemną odmianę, podobną do tej, jaką zapewniała najnowsza powieść Jarosława Grzędowicza pt. Hell³, o której napiszę w następnej recenzji.
Tytuł powieści nawiązuje do popularnej w krajach Dalekiego Wschodu używki, w której skład wchodzą liście pieprzu betelowego, nasiona palmy oraz mleko wapienne. Do uatrakcyjnienia smaku tejże dodaje się kardamon, goździki, gałkę muszkatułową (która sama może być narkotykiem spożywana w znacznych ilościach), anyż itp. Zresztą sam pomysł na umiejscowienie fabuły właśnie w świecie jako żywo przypominającym tropikalną część Azji a zwłaszcza Malezję zrodził się z fascynacji autora tamtą częścią świata, jej przyrodą, kulturą i historią, choć jak sam twórca przyznał – osobiście betelu podczas swych podróży nie próbował, ale gdyby wtedy wiedział, że ,,napisze o nim w przyszłości książkę, to by na pewno spróbował”.
Akcja powieści osadzona jest w realiach zbliżonych do kolonialnych, wzbogaconych
o elementy steampunkowe i fantasy, zresztą w bardzo oszczędnej i rozsądnej dawce. Nie uświadczymy zatem tabunów rozmaitych elfów, krasnoludów, czy olbrzymów, a każdy mieszkaniec opisywanego świata nie posługuje się z automatu czarami lub nie wywija wypasionym, magicznym mieczem. Jak na razie (w Tomie I) mamy tylko jedną, ,,nieludzką” rasę – reprezentują ją Nagowie, czyli w języku fantastyki połączenie ludzi i sporych rozmiarów jaszczurów. Posługują się oni własnym dialektem, są inteligentni, mają nawet system wierzeń, hierarchię społeczną, a wraz z rozwojem fabuły dostajemy na ich temat coraz bardziej intrygujące informacje, których znaczenie ma niepośledni wpływ na dalsze losy historii opowiadanej przez Nogala. 
W kwestii steampunkowej (Steampunk – nurt fantastyki naukowej nawiązujący stylistyką do epoki maszyn parowych. Wykorzystywany często do tworzenia tzw. historii alternatywnych, w których to powstają dodatkowo mechaniczne wynalazki nie znane w ,,normalnej” historii) również otrzymujemy racjonalnie dozowaną ilość zarówno motywów, jak i samych informacji dotyczących nietypowych, utrzymanych w tejże konwencji, wynalazków. 

Generalnie główna oś fabuły oparta jest o prosty, aczkolwiek bardzo ciekawy z punktu widzenia kogoś interesującego się historią, motyw. Mamy zatem imperium kolonialne przypominające prawdziwe Imperium Brytyjskie z przełomu XVIII i XIX wieku oraz tropikalną kolonię. Kolonia jednak tylko w kwestii klimatu i przyrody podobna jest do wspomnianej Malezji. Bieg spraw politycznych i pojawiające się tam idee nawiązują zdecydowanie do kształtowania się państwowości Stanów Zjednoczonych i ich walki o niepodległość w starciu z Albionem. Wątek batalii o wyzwolenie Betelii spod kurateli metropolii spina wszystkie pozostałe motywy a autor zgrabnie zawiązuje kolejne spiski, intrygi i przeprowadza czytelnika przez zwroty akcji. Książka liczy około 370 stron a wciąga swą wartkością tak bardzo, że bez problemu można ją ,,łyknąć” w jedno popołudnie.
Przy całym obecnym zadęciu panującym w literaturze i podejmowanych, niekiedy na siłę, próbach coraz to większego udziwniania języka, rwania zdań i masakrowania składni (skądinąd w przypadku niektórych autorów są to próby udane, ale moim zdaniem panuje w tej materii znaczący przesyt), książka Daniela Nogala jest napisana językiem normalnym, ale starannie dopracowanym. Nie jest również zbyt nasycona poglądami autora, który nie promuje na siłę własnej wizji świata, a jako zagorzały libertarianin o ugruntowanych i podpartych sporą wiedzą poglądach, mógłby to bez problemu czynić. Owszem, w kilku miejscach da się zauważyć przemycone wątki wolnościowe, jak choćby w przypadku analizy działania systemu bankowego, która to wielce przypomina poglądy wyłożone w recenzowanej niedawno przeze mnie książce Jakuba Wozinskiego ,,Dzieje Kapitalizmu”. Wyraźnie też widać, że sympatia autora kierunkuje się w stronę rebeliantów i ich walki o wyzwolenie co sprawia, że również czytelnik darzy cieplejszym uczuciem właśnie tą stronę konfliktu przedstawionego w powieści. Jako konserwatysta odczuwam pewien dysonans z powodu takowego obrotu spraw, ponieważ sympatyzowanie z buntownikami przeciwko legalnej władzy i to w dodatku władzy królewskiej podskórnie odbieram jako niewłaściwe i nawet estetycznie wadliwe, ale jako czytelnik jak najbardziej podążam tym tropem, zwłaszcza, że postaci głównych bohaterów zarysowane są wyraźnie, każdy z nich jest ,,jakiś” tzn. ma charakterystyczną osobowość, sposób zachowywania się, mówienia itp. Także wielość stronnictw politycznych i ich skrywane w umiejętny sposób interesy czy dążenia sprawiają, że wszystkie elementy fabuły tworzą zgraną i dobrze dopracowaną całość. 


Podsumowując, powyższe zalety czynią z ,,Betelowej Rebelii” pełnokrwisty kąsek i do przeczytania najnowszej książki Nogala zachęcić mogą nawet czytelnika, który na co dzień za fantastyką nie przepada. Jak zdradził autor, następny tom powinien pojawić się w pierwszej połowie przyszłego roku, c jest jedyną większą ,,wadą” powieści, gdyż na koniec tomu pierwszego mamy taki ,,clifhanger”, że aż chce się od razu zacząć lekturę kolejnej części.

środa, 11 stycznia 2017

Dzieje kapitalizmu czy kapitalizmu państwowego? - recenzja ksiązki Jakuba Wozinskiego.




Na targach książki, które odbyły się we Wrocławiu w grudniu ubiegłego roku, otrzymałem od wydawnictwa Prohibita książkę Jakuba Wozinskiego ,,Dzieje Kapitalizmu”. Jako, że jest to dzieło sporych rozmiarów, dokładna analiza treści zajęła mi ponad miesiąc, ale od razu zaznaczam, że było warto poświęcić uwagę, ponieważ jest to zdecydowanie najciekawsza książka jaką przeczytałem w 2016 roku. Zazwyczaj, podczas przygotowywania recenzji zaznaczam sobie najbardziej interesujące fragmenty ołówkiem, dopisuję komentarze na marginesie lub stawiam wykrzykniki – i zazwyczaj, w książce liczącej np. 250 stron, takich uwag mam kilkanaście. Tutaj przyjęta metoda spowodowała, że recenzja powstawała znacznie dłużej, gdyż praktycznie co 2-3 strony pojawiała się treść tak istotna, iż uznawałem, że należy ją koniecznie zaznaczyć. W rezultacie cała, licząca 620 stron samego tekstu (bez map, ilustracji i bibliografii), książka Wozinskiego, poznaczona jest niezliczonymi wykrzyknikami, podkreśleniami i uwagami. Odnosząc się do samej treści, zacznę od uwag ogólnych.

   Jest to bez wątpienia książka przełomowa jeśli chodzi o polski rynek wydawniczy i badania nad kapitalizmem. Jeszcze nikt nie zastosował tak kompleksowego, a zarazem tak przystępnego podejścia do trudnej przecież tematyki. Ze spójnym i dobrze zaplanowanym wywodem łączy się ogromna ilość podanych faktów, historyjek, interpretacji i anegdot, która sprawia, że książka ,,żyje”. Oprócz analiz ogólnych, historiozoficznych, czy tych z dziedziny myśli ekonomicznej otrzymujemy w tym eleganckim opakowaniu również historie narodzin i upadku państw, rodów, fortun prywatnych, oglądamy sieci spisków i tajnych porozumień oraz podróżujemy razem z bankierami i zdobywcami.

   Dużą zaletą jest też to, że ,,Dzieje Kapitalizmu” wywołują liczne kontrowersje, nawet u czytelnika ,,z prawej półki”. Autor prowokuje, zmusza do myślenia, odpowiadania na swoje argumenty, czasem irytuje (o czym niżej) i często zachwyca. Już sam tytuł jest, w stosunku do treści, bardzo kontrowersyjny, a jak dla mnie także nie do końca trafiony. Książka powinna się bowiem nazywać ,,Dzieje kapitalizmu państwowego”, bo to głównie o nim pisze Wozinski. Zresztą we wstępie wyjaśnia kluczowe pojęcia i przeciwstawia sobie wolny rynek, czyli właśnie tytułowy kapitalizm oraz kapitalizm państwowy, czyli system, w którym kapitał (głównie średni i wielki) jest w stanie wpływać na gospodarkę, handel, losy ludzi i państw głównie dzięki tychże państw interwencji. Karty książki są właściwie zapisem historii tej drugiej wersji kapitalizmu i moim zdaniem powinno się po prostu stosować terminologię ,,wolny rynek” vs. ,,kapitalizm”, gdzie to drugie pojęcie oznaczałoby właśnie system gospodarczy, w którym kapitał jest gromadzony przez różne podmioty głównie na podstawie państwowych pozwoleń, koncesji czy ułatwień. Autor natomiast stosuje zamiennie pojęcia wolnego rynku z kapitalizmem, mimo że książka opowiada praktycznie wyłącznie o kapitalizmie państwowym. Wolny rynek występuje w niej raczej jako niedościgniony wzór, bezustannie, już od wieków średnich (czyli od momentu swojego powstania) prześladowany, pomniejszany, spychany w kąt przez rozmaite państwowe regulacje, ekspansję podmiotów posiadających państwowe uprawnienia, ingerencje rządów lub instytucji z rządami współpracujących i dzięki rządom istniejących.

    Autor sam zresztą wpadł we własną pułapkę dobierając taki a nie inny tytuł. Przez cały tok narracji postuluje bowiem, żeby nie obciążać kapitalizmu (czyli jego zdaniem wolnego rynku), grzechami i winami zdegenerowanego kapitalizmu państwowego, po czym przyjmuje dla swojego dzieła właśnie miano ,,Dziejów Kapitalizmu”. Prawda, że zawiłe i mało trafione?

  Wracając jednak do pozytywów, których jest zdecydowanie więcej – sednem książki jest ukazanie procesów i udowodnienie, że za wszystkimi degeneracjami gospodarczymi w dziejach, takimi jak kryzysy, rewolucje, socjalizm czy komunizm stoi nie mityczna ,,niewidzialna ręka rynku”, tylko potężny organizm, który jej działania non-stop hamuje, wypacza i mutuje. Tym organizmem jest wszechwładne państwo, którego owa wszechwładza rośnie bezustannie już od późnego średniowiecza, czyli od momentu,        w którym dziesiątki i setki małych, słabych i mniej ludnych państewek, księstw czy samodzielnych miast były zastępowane przez  gęściej zaludnione, większe i obdarzone szerszymi kompetencjami państwa narodowe. Ich władcy, próbujący spełnić coraz więcej przyznanych sobie obowiązków musieli czerpać coraz większe środki na ich spełnienie. A skąd brać owe środki? Rozwiązanie było, jest i niestety wciąż, jak na razie, będzie proste acz fatalne w skutkach: fałszowanie monety przeradzające się później w coraz to nowe instrumenty inflacyjne, takie jak kreacja pustego pieniądza oraz nieustannie rosnące podatki. Do tego dochodziły i dochodzą jeszcze państwowe koncesje i monopole przyznawane firmom, rodom i instytucjom, które zapewniały wciąż potrzebującemu gotówki państwu, jej ciągły dopływ. W tenże oto sposób kształtował się destrukcyjny mechanizm inflacyjny, na którym dzisiaj opierają się gospodarki praktycznie wszystkich państw.
     Od czasu powstania Banku Anglii proceder ów zaczął zataczać coraz szersze kręgi i model centralnego, zmonopolizowanego praktycznie przez państwo, dodruku pieniądza przyjmowały kolejne kraje. Z początku, przy zachowaniu parytetu złota i rozległego imperium kolonialnego Wielka Brytania mogła jeszcze ukrywać negatywne skutki polityki inflacyjnej, bądź przerzucać je w dowolne miejsce na świecie, z czasem sama stała się ofiarą notorycznego zadłużania, natomiast miano czołowego ,,przerzucacza” przeszło na rzekomą oazę wolnego rynku czyli Stany Zjednoczone. Państwo to, mimo rzeczywistych, wolnorynkowych korzeni, jest dziś czołowym twórcą kryzysów ekonomicznych, kreacji pustego pieniądza i długu. W procesie tym uczestniczy oczywiście głównie rząd, wspomagany przez banki, maklerów, czy inwestorów giełdowych, którzy na istnieniu pustego pieniądza i na handlu długiem zarabiają największe pieniądze. Wozinski słusznie stwierdza, że patologiczne sytuacje wynikające z takowej polityki państwa i banków nie istniałyby w warunkach rzeczywistej wolnej konkurencji, odbywającej się bez faworyzowanych przez rząd instytucji finansowych. Tymczasem, w propagandzie lewicowej, socjalistycznej i wcześniej komunistycznej, to właśnie polityka banków uznawana jest za wytwór kapitalizmu i wolnego rynku, tak samo jak kryzysy finansowe. Marksiści i lewicowi ekonomiści słusznie dostrzegają zło płynące dla świata z tego typu działań, lecz zupełnie błędnie identyfikują jego źródła wskazując na wolny rynek, zamiast na szkodliwą działalność, czy w ogóle istnienie scentralizowanego państwa z jego przerośniętym aparatem rządowo-finansowym.

            Oprócz doskonałego udokumentowania powyższej tezy i prześledzenia jej wszystkich etapów, od pożyczek bankowych i monopoli na wydobycie surowców w późnym średniowieczu, przez powstawanie banków centralnych, giełd, aż po najnowocześniejsze instrumenty finansowe, Jakub Wozinski obala też wiele mitów narosłych wokół rzekomych zbawców wolnego rynku, takich jak Margaret Thatcher, Ronald Reagan, czy Milton Friedman. Opisując ich pro-inflacyjną politykę, stawia  wymienione postaci jedynie trochę wyżej niż Keynsa czy Roosvelta. W swojej ostrej ocenie trochę przesadza, gdyż mimo stosowania mechanizmów inflacyjnych zarówno Reagan jak i Thatcher wprowadzali wiele wolnorynkowych zmian od obniżenia podatków po likwidację dotowanych przez państwo branż przemysłu, prywatyzację lub ograniczenie socjalu. Jednakże ich hurraoptymistyczna ocena dokonywana przez współczesne środowiska wolnościowe powinna, pod wpływem lektury Wozińskiego, ulec pewnej, krytycznej weryfikacji.

           
Niewątpliwą zasługą autora jest też wskazanie mechanizmu finansowania najbardziej szkodliwych reżimów przez USA, czy Niemcy. Zarówno niemieccy, jak i amerykańscy finansiści poświęcili wiele czasu i środków na dotowanie rosyjskich rewolucjonistów, co później odbiło się obu donatorom wieloletnią czkawką. Czytając ,,Dzieje Kapitalizmu” w ogóle można dojść do wniosku, że USA to państwo od lat prowadzące najbardziej absurdalną politykę zagraniczną na świecie, w dodatku wielce szkodliwą oraz skrywaną pod płaszczykiem szczytnych haseł. Amerykańska finansjera najpierw dotowała rewolucję komunistyczną, by potem z nią zawzięcie i kosztownie walczyć. W ten sposób uratowano istnienie komunizmu dwa razy, najpierw wspierając go finansowo na samym początku, a potem uruchamiając program Lend-Lease podczas drugiej wojny światowej, bez którego Stalin poniósłby niewątpliwą klęskę w wojnie z Hitlerem (też zresztą początkowo dotowanym z USA!). Podtrzymany przy życiu komunizm stał się z czasem amerykańskim wrogiem numer jeden i wtedy dla odmiany zaczęto finansować min. islamskich bojowników, którzy to z kolei, po upadku ZSRR, sami stali się nowym wrogiem numer jeden. Wówczas zaczęto ,,wprowadzać demokrację” w państwach islamskich, jeszcze bardziej ułatwiając zdobycie władzy anty-amerykańskim radykałom muzułmańskim. I wszystko to pod hasłami wolności i dobrobytu, co tylko potwierdza tezę H.H. Hoppego, mówiącą, że najbardziej liberalne wewnętrznie państwa są najbardziej ekspansywne i pro-wojenne na zewnątrz (tezę tą autor przywołuje niejednokrotnie i doskonale tłumaczy min. na przykładzie indolencji ZSRR w sprawie bezpośrednich inwazji w całym okresie zimnej wojny).  Dodając do tego jeszcze fakt, że właściwie wszelkie ruchy rewolucyjne żerowały ideowo na hasłach oskarżających rzekomy, amerykański dziki kapitalizm o wywoływanie biedy na świecie (a tymczasem kryzysy wywoływały wspierane przez państwo monopolistyczne instytucje finansowe), otrzymujemy obraz Stanów Zjednoczonych jako czołowego, światowego destruktora, który z rzeczywistej oazy wolnego rynku przerodził się w międzynarodowe centrum destabilizacji i zadłużania.

          Warto jeszcze zwrócić uwagę na istotny fakt, podawany przez autora, a notorycznie wykorzystywany do krytykowania kapitalizmu przez rozmaitej maści lewicowców i socjalistów. Monopole. Woziński analizuje zjawisko na przykładzie powstającego w rzeczywistych warunkach wolnej konkurencji, imperium Rockefellera. Jego firma naftowa zdobyła, bez państwowych pożyczek, dotacji i wsparcia nieoficjalnego, pozycję lidera rynku. Ale nawet wówczas, w sytuacji kiedy Rockefeller posiadał prawie 85% rynku, nie był żadnym monopolistą, gdyż w takich warunkach monopol nie jest w stanie powstać. Nowe firmy wymyślają innowacje odbierające klientów liderowi a i samo istnienie lidera jest korzystne dla klientów, gdyż działania Standard Oil doprowadziły do kilkukrotnego i radykalnego obniżenia cen paliwa! Dopiero tak zwana ustawa ,,anty-monopolowa”, czyli de facto działanie zazdrosnego o wpływy państwa, doprowadziła do zniszczenia dobrze prosperującej firmy, szybkiego wzrostu cen i sztucznej zmowy cenowej nowo powstałych, wspieranych przez państwo spółek. Dodatkową konsekwencją był zwrot Rockefellerów w stronę współpracy z rządem i przeniesienie koncentracji uwagi na uzyskiwanie zysków z instrumentów inflacyjnych, a nie z uczciwego handlu. Zatem rzekome działanie anty-monopolowe państwa spowodowało zakłócenie w wolnym rynku i sztuczne wzrosty cen oraz pompowanie kolejnych baniek spekulacyjnych. Zresztą samo słowo monopol przynależy wyłącznie do sfery państwa, a nie wolnego rynku, gdyż bez ingerencji rządu żaden podmiot nie jest w stanie i nigdy tego nie dokonał, zdobyć 100% danego rynku. Jedynie właśnie monopole przyznawane przez państwo, najpierw na wydobycie surowców (np. soli), a potem choćby na druk pustego pieniądza (wszystkie banki centralne) potrafiły zakłócić naturalną równowagę i doprowadzić do całkowitego zawłaszczenia danej domeny przez konkretny podmiot.

         Opisując procesy finansowe, Wozinski nie uniknął jednak pewnych błędów. Krytykując marksizm, centralizm, ingerencję państwa, czy socjalizm, sam wpadł w pułapkę typowo marksistowskiego determinizmu materialistycznego, wszystko tłumacząc ekonomią i zupełnie nie doceniając roli religii i idei, lub je znacznie pomniejszając. Widać to zwłaszcza przy opisie reformacji, gdzie autor słusznie zauważa brak wpływu myśli reformacyjnej na rozwój państw kapitalistycznych (obalając obaloną już 100-krotnie nie popartą dowodami tezę Maxa Webera o rzekomym szybszym rozwoju państw protestanckich nad innymi), jednakże tak samo nie docenia ogólnie wpływu idei reformatorów na rzeczywistość, marginalizując je i sprowadzając analizę li tylko do ekonomii, finansów itp. Podobne ,,ukłucie materialistyczne” przewija się na kartach książki niejednokrotnie, chociażby w części poświęconej rewolucji francuskiej, średniowieczu itd. Widać, że teologia, idee polityczne i głębsze zrozumienie ich złożonego wpływu na rzeczywistość nie są mocną stroną autora, co zgrabnie ukrywa pod znakomitą erudycją ekonomiczną.

         Konserwatywnych czytelników razić też może wyjątkowa, zbliżona do komunistycznej, pogarda dla szlachty i arystokracji. Autor określa te grupy społeczne (s. 133), jako „stroniące od pracy i żyjące wyłącznie z instytucji państwa”, co jest zdecydowanym nadużyciem intelektualnym. Szlachta, rycerstwo i arystokracja, mimo późniejszej, faktycznej degeneracji ideowej, która zresztą doprowadziła do ich upadku, pełniły ważną funkcję społeczną, państwowo-twórczą i kulturową.      To właśnie szlachta, w każdym powstającym państwie, była grupą inicjującą owego państwa powstanie. Była też gwarantem ograniczenia władzy centralnej, ponieważ jej nastawienie wolnościowe w naturalny sposób prowadziło do hamowania zapędów króla, księcia, cesarza itp. (dla przykładu przywołać można choćby słynne hiszpańskie fueros - prawa kardynalne, na które przysięgać musiał każdy kolejny król). Dodatkowo zarzut mówiący o ,,stronieniu od pracy” jest całkowicie chybiony. Czyż ochrona obywateli, narażanie życia w bitwach i bronienie granic nie jest pracą? Jeśli tak, to policjanci, strażacy i żołnierze wszystkich krajów również od niej stronią. ,,Życie z instytucji państwa” też słabo wygląda w konfrontacji z faktami. Po pierwsze korzystanie z instytucji, którą się chroni własnym życiem jest raczej naturalne, po drugie to właśnie szlachta tworzyła te instytucje, a potem w dużej części utrzymywała. Dodatkowo w wielu krajach rycerstwo i szlachta zajmowały się rolnictwem, co też jest pełnoprawnym rodzajem pracy, a przedstawiciele tych stanów pełnili dodatkowo liczne, istotne urzędy wpływające na ogólne funkcjonowanie życia politycznego. 
      Powyższe uwagi krytyczne nie wpływają oczywiście znacząco na ogólną, bardzo pozytywną ocenę książki, która jak już wspomniałem jest na pewno najważniejszą książką przeczytaną przeze mnie w ubiegłym roku (a trochę się tego uzbierało). Nie najładniejszą, nie najlepiej napisaną (z prozą ciężko wygrać), ale na pewno najważniejszą. Przedstawienie w ciekawej, przystępnej i nowatorskiej formie tak ważnego fenomenu jakim są relacje wolnej woli człowieka, przedsiębiorczości, ingerencji państwa, wpływu tajnych układów i roli instytucji finansowych w powstawaniu i upadaniu państw oraz cywilizacji wymaga niesamowitej wiedzy, erudycji i pasji, co w 100 procentach pokazał właśnie Jakub Wozinski. Moim zdaniem sprawia to, że ,,Dzieje Kapitalizmu" powinny być obowiązkową lekturą nie tylko dla pasjonatów zagadnienia ale dla studentów wszystkich kierunków ekonomicznych i humanistycznych. Niestety do tego równie daleka droga jak do odtworzenia kapitalizmu wolnorynkowego (tzn. po prostu wolnego rynku) w miejsce kapitalizmu państwowego (tzn. po prostu innej formy socjalizmu). Jednak takie lektury właśnie przyczyniają się do wzrostu świadomości (na szczęście nie klasowej) i może z czasem i ten zdegenerowany system upadnie. 


piątek, 9 grudnia 2016

Science-fiction: naukowa przygoda - recenzja książi Arkadego Saulskiego ,,Kroniki Czerwonej Kompanii" Tom I

Ostatnio odsłuchałem w formie audiobooka książkę Arkadego Saulskiego ,,Kroniki Czerwonej Kompanii. Tom I" wydanej przez Wydawnictwo Drageus . Książkę czytał jeden z moich ulubionych lektorów czyli Roch Siemianowski, co już na wstępie dodało jej wartości.


W dobie popularności książek o tematyce post-apokaliptycznej typu cykl Metro czy Stalker, jest to ciekawa odmiana, gdyż oprócz sensacyjnej i wartkiej fabuły, posiada nowatorską wartość w zakresie fantastyki naukowej.  Książka opowiada o kolonizacji Marsa, co samo w sobie nie jest motywem nowym, jednak forma przedstawienia tej kolonizacji przez Saulskiego jest nietypowa. Przeludniona ziemia podejmuje kolejne próby przystosowania Czerwonej Planety do życia, aż w końcu odnajduje rozwiązanie w postaci Terraformacji - czyli przeobrażenia nieprzyjaznego krajobrazu Marsa w ekosystem odwzorowujący warunki życia na Ziemi. Dzięki rozmaitym zarodkom, przeniesieniu bakterii, wszczepianiu żywych organizmów, Mars w krótkim czasie zaczyna przypominać Ziemię - pojawiają się akweny wodne, powietrze zdatne do oddychania, rodzą się gatunki ziemskich zwierząt i planeta staje się gotowa do zamieszkania.

Nad całym procesem nie czuwają jednak państwa narodowe, ani nawet ponadnarodowe organizacje typu ONZ, UE, czy NATO, które w fabule opowieści są już zubożałymi i przestarzałymi organizmami politycznymi. Przystosowywaniem planety zajmują się wielkie, wynarodowione korporacje - Stratus Corporation i VanGraff Corporation, organizacje nieporównywalnie bardziej bogate niż jakiekolwiek istniejące w dziejach świata państwo. Cały proces wydaje się przebiegać zarówno szybko, jak i zgodnie z planem, jednakże Mars nie staje się automatycznie drugą Ziemią. Pojawiają się na nim anomalia zarówno przyrodnicze, jak i wpływające na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Rodzą się nowe gatunki zwierząt typu olbrzymich skorpionów czy stworzeń przypominających mamuty. Niektórzy kolonizatorzy doświadczają niespodziewanych i dziwnych halucynacji, których treść jest równie zagadkowa, co trudna do zapamiętania. 

Ale Mars skrywa nie tylko takie tajemnice. Pod powierzchnią planety kryje się coś więcej. Coś, co obie korporacje pragną zdobyć za wszelką cenę. Wysyłają więc na Marsa, nie zwykłych ludzi, którzy chcą tam zamieszkać, by uciec od ziemskiego przeludnienia i biedy, lecz wykwalifikowane grupy najemnych żołnierzy, zaprawionych w bojach zabijaków, którzy walczą za pieniądze dla swych mocodawców. Również życie zwykłych ludzi na nowej planecie nie wygląda tak kolorowo, jak korporacje przedstawiają to w swoich materiałach reklamowych zachęcających do wyjazdu. Zamiast zielonych osiedli, osadnicy trafiają do slumsów z blachy falistej, przypominających typ budownictwa, jaki możemy zaobserwować dziś w najbiedniejszych częściach Afryki. 

Do czego zmierza taka taktyka? Czy celem jest naukowe odkrycie, czy zdobycie owych tajemniczych przedmiotów zagrzebanych głęboko pod powierzchnią planety? Kto je tam ukrył, jak dawno i do czego służą? Czy chęć opanowania pradawnych tajemnic doprowadzi do wojny między korporacjami i zniszczenia odtworzonej z takim trudem terraformacji? A może na drodze planów korporacyjnych potentatów staną samotni bohaterowie, dla których wciąż liczą się dawne, ziemskie wartości i pojęcia takie jak honor, wierność zasadom i troska o bliźnich? Jest też tajemnicze Bractwo, które od początku kolonizacji ma zupełnie inną wizję życia na Marsie. Po której stronie stanie i jaki jest jego prawdziwy cel?

Książka w zaskakujący i ciekawy sposób odpowiada na część z tych pytań, resztę nowych pytań i odpowiedzi poznamy zapewne w drugim tomi o tytule ,,Wilk". Zachęcam do wysłuchania lub przeczytania ,,Kronik Czerwonej Kompanii", gdyż w zalewie post-apokaliptycznych i kosmicznych opowieści, z jakim mamy ostatnio do czynienia, jest to pozycja zdecydowanie się wyróżniająca, nawiązująca w wielu miejscach do klasyki gatunku.



czwartek, 8 grudnia 2016

Kartka z pustynnego pamiętnika - recenzja książi ,,Noc Ognia" E-E. Schmitta

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak otrzymałem ostatnio do recenzji najnowszą książkę słynnego pisarza, scenarzysty teatralnego i znanego filozofa Erica-Emmanuela Schmitta pt. Noc Ognia.  Do książki podchodziłem z ciekawością z dwóch kluczowych powodów:



1. Nie przepadam za krótkimi formami, mimo, że ostatnio wracam do klasyki, która głównie takimi się posługiwała. Jednakżę książki przypowieści, w których to nie fabuła jest najważniejsza, lecz przesłanie, mogą być wielce pouczające mimo swoich zaledwie niecałych 200 stron. I tak właśnie jest w przypadku Nocy Ognia, która to fabuły w typowym rozumieniu właściwie nie posiada. Jest to raczej filozoficzna przypowiastka, choć napisana prostym, zwięzłym stylem, o którego zaletach opowiadał sam pisarz w jednym z wywiadów dla Gazety wyborczej.

2. Autora powieści oczywiście znałem z licznych wypowiedzi, wywiadów itp, ale jego twórczość nigdy wcześniej mnie nie zainteresowała (być może z powodu porównań do Paulo Coelho, które sam autor na szczęście później zdementował:) ) i była to pierwsza jego powieść, po którą sięgnąłem. Miało to zarówno swoją zaletę, jak i wadę. Podchodziłem do lektury zupełnie na świeżo nie ,,skażony" żadnymi porównaniami i podczas czytania skupiałem się na treści a nie na tym, czy książka jest gorsza, czy lepsza od poprzednich. Wada była podobna do zalety - nie miałem żadnego punktu odniesienia i nie mogłem w tej recenzji sięgnąć do odwołań z poprzednich książek.



Wracając do samej Nocy Ognia, jak już wspominałem książka nie posiada właściwie fabuły. Ot dwóch przyjaciół odrywa się od swojego zwyczajnego życia we Francji i leci kręcić film o słynnym trapiście, eremicie i misjonarzu Karolu de Foucauld, błogosławionym Kościoła katolickiego. Przyjaciele dołączają do karawany, podróżują, trochę rozmawiają, trochę podziwiają krajobrazy, jeden z nich się gubi, potem się znajduje a na końcu docierają do miejsca przeznaczenia czyli do pustelni, w której żył Karol de Foucauld - Asekrem. Jeśli byłaby to książka przygodowa, sensacyjna, czy jakakolwiek inna z gatunku fabularnych, to sam tok wydarzeń, ich małe skomplikowanie i brak jakichkolwiek zagadek, czy tajemnic stawiałby ją bardzo nisko w porównaniu z innymi podobnymi pozycjami tegoż typu. Tyle, że książka Schmitta nie może być w tak prosty sposób klasyfikowana, należy ona oczywiście do zupełnie innego gatunku.  Jest jakby kartką wyrwaną z pamiętnika. Żywym zapisem osobistych wspomnień.


Pamiętniki mają bowiem za zadanie oddawać emocje piszącego, pokazywać dusze ludzi, których spotyka na swej drodze, oddawać tzw. ,,ducha czasów" czyli wszelkie filozoficzne czy religijne trendy epoki oraz pokazywać stosunki panujące w danej społeczności, lub między obcymi sobie społecznościami. I w tej kategorii Noc Ognia jest dziełem wielce udanym, momentami zachwycającym.  Jej wartości nie umniejsza wcale to, że autor używa znanego i powszechnego motywu nawrócenia na pustyni i w ogóle pustyni jako miejsca poszukiwania samego siebie i rozmyślania. Jest to bowiem pierwotnie doskonały motyw, który posłużył u zarania chrześcijaństwa samemu Jezusowi, więc nie może stać się wtórnym, a jedynie wzorem dobrym do naśladowania. Autor opisuje dodatkowo swoje własne doświadczenia, co zwiększa wartość książki, gdyż opowiada ona o prawdziwej przemianie u prawdziwej osoby. Nie potrzeba tu wymyślonych bohaterów i fikcyjnych emocji. Jedyne co może razić w tymże motywie to jego nagłość (nie boję się tu oskarżenia o ,,spojlerowanie" gdyż już z opisu okładkowego doskonale wiemy, co się w książce wydarzy). Bohater zostaje uratowany praktycznie od razu przez Boską (?) moc, nie zdąży się nawet chwilę nacierpieć, a jedynie przez moment zdąży pogrążyć się w smutku i strachu. Moim zdaniem ma to jednak uzasadnienie bo Eric jest już od pierwszych stron książki bojaźliwy, słaby i strachliwy. Boi się piasku, zimna, głodu, pragnienia, węży, skorpionów, bandytów, nieznanego, nawet gdy to wszystko jest jedynie gdzieś w sferze przypuszczeń, daleko, bądź pod kontrolą świetnych przewodników karawany. Ta strachliwość trochę razi, ale pokazuje też autentyzm autora, który nie próbuje robić z siebie bohatera, tylko celowo uwypukla swoje słabości, może nawet poniża i umniejsza się za bardzo. 

Co jeszcze warte jest podkreślenia w powieści Schmitta oprócz oczyszczającego wątku na pustyni? Właśnie ten ,,duch czasów", o którym wspominałem wcześniej. Przed swoim zaginięciem i uratowaniem przez Moc, Eric prowadzi polemiczne i często złośliwe dialogi o Bogu, zarówno z ateistą naukowcem, jak i z wierzącą katoliczką Segolene. Poddaje w wątpliwość oba ich światopoglądy, co rusz rzucając jakimś trudnym do zbicia argumentem, wprowadzającym w zakłopotanie zarówno wierzącego w naukę astronoma, jak i wierzącą w Jezusa Segolene.  Dialogi są bardzo wciągające z filozoficznego punktu widzenia, mój zarzut jest jedynie taki, że ludzie podróżujący w ciężkich warunkach raczej w ten sposób nie rozmawiają, ale nie to jest tu najważniejsze. 



Najważniejszy motyw  to ten, że po swoim nawróceniu i uwierzeniu w Boga (?), który go uratował, Eric jest dalej tak samo daleko od ateisty, jak i od katoliczki. Jest idealnym ,,produktem" współczesnego indeferentyzmu religijnego, którego nawet cud nie może skłonić do konkretnej, niezachwianej wiary. Dla niego rozwiązania typu ,,wierzyć, nie wierzyć, wykazują tendencję do kategorycznych sądów" (s. 164).  I wydaje mu się, że tego typu wiara nie znosi wątpliwości i rozwoju, zupełnie jakby historia chrześcijaństwa nie składała się właśnie głównie z wątpliwości i rozwoju. Eric przejawia typowe myślenie posoborowe. Z jednej strony, mimo doświadczonego cudu, zachowuje sceptycyzm co do wiary katolickiej, podchodzi do niej jak do jeża, z drugiej strony, jeszcze przed zaginięciem okazuje znacznie większy szacunek pustynnym wierzeniom muzułmanina Abajghura. A przecież to właśnie islam nie znosi żadnych wątpliwości i jest obecnie religią najbardziej nieufną, czy wręcz wrogą filozofii. W ogóle Abajghur jest w tej książce postacią najbardziej pozytywną, tolerancyjną, pomocną i nie stroni od wspólnej modlitwy z kimś, kto nie modli się w ramach żadnej religii (!). Jego książkowa kreacja jest bardzo piękna i postać budzi szacunek oraz sympatię, ale wydaje się mało realna, jakby zbyt wyidealizowana. Jednak trzeba oddać autorowi sprawiedliwość, gdyż sam zdając sobie trochę sprawę z braku równego dystansu pyta Segolene, mając na myśli stosunek naukowców ateistów do niej i do Abajghura: ,,Zadaj sobie pytanie dlaczego, Ty, chrześcijanka, przeszkadzasz im bardziej niż on, muzułmanin?",  czym ukazuje w jednym zdaniu pewien, ogólnej natury, problem współczesnego Zachodu wart głębszych rozważań.

Warto zwrócić uwagę na różnicę między oboma kluczowymi nawróceniami: Erica oraz bohatera filmu, który postaci występujące w powieści mają zamiar kręcić, Karola de Foucauld. Eric, tuż po nawróceniu, już zaczyna wątpić i szukać naukowych wyjaśnień dla cudu, który go uratował. Karol, po słowach swojego spowiednika, które brzmiały: ,,Na kolana!" ,,Wyznaj swoje grzechy" i w końcu: ,,Przyjmij komunię świętą!", po prostu to zrobił, po czym udał się na pustynię nawracać innych, ułożył piękną modlitwę o wsparcie, pomagał ludziom i poświęcił resztę życia na szerzeniu wiary wśród Tuaregów. A wcześniej był żołnierzem i hulaką, a nie spokojnym filozofem, jak Eric. 

Karol de Foucauld

Książka jest zatem bardzo dwuznaczna, co czyni ją bardzo współczesną. Mamy bowiem oczyszczającą moc pustyni, motyw od wieków goszczący na kartach rozmaitych pism, cud, nawrócenie w obliczu śmierci, z drugiej zaś strony bohater, jak tylko trochę ochłonął zaczął stwarzać sobie, trochę na siłę, dystans do religii, by dalej móc wątpić i nie wydawać "kategorycznych sądów". Dodatkowo nie chciał opowiedzieć o swoim cudownym uratowaniu współtowarzyszom, bo bał się, że taka opowieść byłaby niedzisiejsza, ,,nieznośna i niestosowna" (s. 143). To pokazuje jak bardzo Schmitt przesiąknięty jest myśleniem modernistycznym, co nie zmienia faktu, że jego książka jest dziełem bardzo istotnym i wartym przeczytania, choćby dlatego by takie zależności i tendencje zauważyć.

Dodatkowym atutem jest język. Jako, że jak wspomniałem, była to moja pierwsza lektura Schmitta, muszę przyznać, że niektóre zdania są perełkami i nawet jeśli kogoś nie zainteresuje motyw nawrócenia, pustyni, zderzenia kultur, czy rozważań filozoficznych, powinien i tak sięgnąć po tą pozycję.  ,,Po mojej lewej stronie nosy pochrapywały ukradkiem" oraz ,,Na ziemi nie brak okazji do zadziwienia się, brak natomiast zadziwionych" - choćby te dwa przykłady, jeden humorystyczny, drugi rodzący poważne pytania filozoficzne, mogą zachęcić do lektury, każdego kto ceni książki, które zarówno zmuszają do myślenia, jak i wywołują uśmiech na twarzy.