piątek, 9 grudnia 2016

Science-fiction: naukowa przygoda - recenzja książi Arkadego Saulskiego ,,Kroniki Czerwonej Kompanii" Tom I

Ostatnio odsłuchałem w formie audiobooka książkę Arkadego Saulskiego ,,Kroniki Czerwonej Kompanii. Tom I" wydanej przez Wydawnictwo Drageus . Książkę czytał jeden z moich ulubionych lektorów czyli Roch Siemianowski, co już na wstępie dodało jej wartości.


W dobie popularności książek o tematyce post-apokaliptycznej typu cykl Metro czy Stalker, jest to ciekawa odmiana, gdyż oprócz sensacyjnej i wartkiej fabuły, posiada nowatorską wartość w zakresie fantastyki naukowej.  Książka opowiada o kolonizacji Marsa, co samo w sobie nie jest motywem nowym, jednak forma przedstawienia tej kolonizacji przez Saulskiego jest nietypowa. Przeludniona ziemia podejmuje kolejne próby przystosowania Czerwonej Planety do życia, aż w końcu odnajduje rozwiązanie w postaci Terraformacji - czyli przeobrażenia nieprzyjaznego krajobrazu Marsa w ekosystem odwzorowujący warunki życia na Ziemi. Dzięki rozmaitym zarodkom, przeniesieniu bakterii, wszczepianiu żywych organizmów, Mars w krótkim czasie zaczyna przypominać Ziemię - pojawiają się akweny wodne, powietrze zdatne do oddychania, rodzą się gatunki ziemskich zwierząt i planeta staje się gotowa do zamieszkania.

Nad całym procesem nie czuwają jednak państwa narodowe, ani nawet ponadnarodowe organizacje typu ONZ, UE, czy NATO, które w fabule opowieści są już zubożałymi i przestarzałymi organizmami politycznymi. Przystosowywaniem planety zajmują się wielkie, wynarodowione korporacje - Stratus Corporation i VanGraff Corporation, organizacje nieporównywalnie bardziej bogate niż jakiekolwiek istniejące w dziejach świata państwo. Cały proces wydaje się przebiegać zarówno szybko, jak i zgodnie z planem, jednakże Mars nie staje się automatycznie drugą Ziemią. Pojawiają się na nim anomalia zarówno przyrodnicze, jak i wpływające na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Rodzą się nowe gatunki zwierząt typu olbrzymich skorpionów czy stworzeń przypominających mamuty. Niektórzy kolonizatorzy doświadczają niespodziewanych i dziwnych halucynacji, których treść jest równie zagadkowa, co trudna do zapamiętania. 

Ale Mars skrywa nie tylko takie tajemnice. Pod powierzchnią planety kryje się coś więcej. Coś, co obie korporacje pragną zdobyć za wszelką cenę. Wysyłają więc na Marsa, nie zwykłych ludzi, którzy chcą tam zamieszkać, by uciec od ziemskiego przeludnienia i biedy, lecz wykwalifikowane grupy najemnych żołnierzy, zaprawionych w bojach zabijaków, którzy walczą za pieniądze dla swych mocodawców. Również życie zwykłych ludzi na nowej planecie nie wygląda tak kolorowo, jak korporacje przedstawiają to w swoich materiałach reklamowych zachęcających do wyjazdu. Zamiast zielonych osiedli, osadnicy trafiają do slumsów z blachy falistej, przypominających typ budownictwa, jaki możemy zaobserwować dziś w najbiedniejszych częściach Afryki. 

Do czego zmierza taka taktyka? Czy celem jest naukowe odkrycie, czy zdobycie owych tajemniczych przedmiotów zagrzebanych głęboko pod powierzchnią planety? Kto je tam ukrył, jak dawno i do czego służą? Czy chęć opanowania pradawnych tajemnic doprowadzi do wojny między korporacjami i zniszczenia odtworzonej z takim trudem terraformacji? A może na drodze planów korporacyjnych potentatów staną samotni bohaterowie, dla których wciąż liczą się dawne, ziemskie wartości i pojęcia takie jak honor, wierność zasadom i troska o bliźnich? Jest też tajemnicze Bractwo, które od początku kolonizacji ma zupełnie inną wizję życia na Marsie. Po której stronie stanie i jaki jest jego prawdziwy cel?

Książka w zaskakujący i ciekawy sposób odpowiada na część z tych pytań, resztę nowych pytań i odpowiedzi poznamy zapewne w drugim tomi o tytule ,,Wilk". Zachęcam do wysłuchania lub przeczytania ,,Kronik Czerwonej Kompanii", gdyż w zalewie post-apokaliptycznych i kosmicznych opowieści, z jakim mamy ostatnio do czynienia, jest to pozycja zdecydowanie się wyróżniająca, nawiązująca w wielu miejscach do klasyki gatunku.



czwartek, 8 grudnia 2016

Kartka z pustynnego pamiętnika - recenzja książi ,,Noc Ognia" E-E. Schmitta

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak otrzymałem ostatnio do recenzji najnowszą książkę słynnego pisarza, scenarzysty teatralnego i znanego filozofa Erica-Emmanuela Schmitta pt. Noc Ognia.  Do książki podchodziłem z ciekawością z dwóch kluczowych powodów:



1. Nie przepadam za krótkimi formami, mimo, że ostatnio wracam do klasyki, która głównie takimi się posługiwała. Jednakżę książki przypowieści, w których to nie fabuła jest najważniejsza, lecz przesłanie, mogą być wielce pouczające mimo swoich zaledwie niecałych 200 stron. I tak właśnie jest w przypadku Nocy Ognia, która to fabuły w typowym rozumieniu właściwie nie posiada. Jest to raczej filozoficzna przypowiastka, choć napisana prostym, zwięzłym stylem, o którego zaletach opowiadał sam pisarz w jednym z wywiadów dla Gazety wyborczej.

2. Autora powieści oczywiście znałem z licznych wypowiedzi, wywiadów itp, ale jego twórczość nigdy wcześniej mnie nie zainteresowała (być może z powodu porównań do Paulo Coelho, które sam autor na szczęście później zdementował:) ) i była to pierwsza jego powieść, po którą sięgnąłem. Miało to zarówno swoją zaletę, jak i wadę. Podchodziłem do lektury zupełnie na świeżo nie ,,skażony" żadnymi porównaniami i podczas czytania skupiałem się na treści a nie na tym, czy książka jest gorsza, czy lepsza od poprzednich. Wada była podobna do zalety - nie miałem żadnego punktu odniesienia i nie mogłem w tej recenzji sięgnąć do odwołań z poprzednich książek.



Wracając do samej Nocy Ognia, jak już wspominałem książka nie posiada właściwie fabuły. Ot dwóch przyjaciół odrywa się od swojego zwyczajnego życia we Francji i leci kręcić film o słynnym trapiście, eremicie i misjonarzu Karolu de Foucauld, błogosławionym Kościoła katolickiego. Przyjaciele dołączają do karawany, podróżują, trochę rozmawiają, trochę podziwiają krajobrazy, jeden z nich się gubi, potem się znajduje a na końcu docierają do miejsca przeznaczenia czyli do pustelni, w której żył Karol de Foucauld - Asekrem. Jeśli byłaby to książka przygodowa, sensacyjna, czy jakakolwiek inna z gatunku fabularnych, to sam tok wydarzeń, ich małe skomplikowanie i brak jakichkolwiek zagadek, czy tajemnic stawiałby ją bardzo nisko w porównaniu z innymi podobnymi pozycjami tegoż typu. Tyle, że książka Schmitta nie może być w tak prosty sposób klasyfikowana, należy ona oczywiście do zupełnie innego gatunku.  Jest jakby kartką wyrwaną z pamiętnika. Żywym zapisem osobistych wspomnień.


Pamiętniki mają bowiem za zadanie oddawać emocje piszącego, pokazywać dusze ludzi, których spotyka na swej drodze, oddawać tzw. ,,ducha czasów" czyli wszelkie filozoficzne czy religijne trendy epoki oraz pokazywać stosunki panujące w danej społeczności, lub między obcymi sobie społecznościami. I w tej kategorii Noc Ognia jest dziełem wielce udanym, momentami zachwycającym.  Jej wartości nie umniejsza wcale to, że autor używa znanego i powszechnego motywu nawrócenia na pustyni i w ogóle pustyni jako miejsca poszukiwania samego siebie i rozmyślania. Jest to bowiem pierwotnie doskonały motyw, który posłużył u zarania chrześcijaństwa samemu Jezusowi, więc nie może stać się wtórnym, a jedynie wzorem dobrym do naśladowania. Autor opisuje dodatkowo swoje własne doświadczenia, co zwiększa wartość książki, gdyż opowiada ona o prawdziwej przemianie u prawdziwej osoby. Nie potrzeba tu wymyślonych bohaterów i fikcyjnych emocji. Jedyne co może razić w tymże motywie to jego nagłość (nie boję się tu oskarżenia o ,,spojlerowanie" gdyż już z opisu okładkowego doskonale wiemy, co się w książce wydarzy). Bohater zostaje uratowany praktycznie od razu przez Boską (?) moc, nie zdąży się nawet chwilę nacierpieć, a jedynie przez moment zdąży pogrążyć się w smutku i strachu. Moim zdaniem ma to jednak uzasadnienie bo Eric jest już od pierwszych stron książki bojaźliwy, słaby i strachliwy. Boi się piasku, zimna, głodu, pragnienia, węży, skorpionów, bandytów, nieznanego, nawet gdy to wszystko jest jedynie gdzieś w sferze przypuszczeń, daleko, bądź pod kontrolą świetnych przewodników karawany. Ta strachliwość trochę razi, ale pokazuje też autentyzm autora, który nie próbuje robić z siebie bohatera, tylko celowo uwypukla swoje słabości, może nawet poniża i umniejsza się za bardzo. 

Co jeszcze warte jest podkreślenia w powieści Schmitta oprócz oczyszczającego wątku na pustyni? Właśnie ten ,,duch czasów", o którym wspominałem wcześniej. Przed swoim zaginięciem i uratowaniem przez Moc, Eric prowadzi polemiczne i często złośliwe dialogi o Bogu, zarówno z ateistą naukowcem, jak i z wierzącą katoliczką Segolene. Poddaje w wątpliwość oba ich światopoglądy, co rusz rzucając jakimś trudnym do zbicia argumentem, wprowadzającym w zakłopotanie zarówno wierzącego w naukę astronoma, jak i wierzącą w Jezusa Segolene.  Dialogi są bardzo wciągające z filozoficznego punktu widzenia, mój zarzut jest jedynie taki, że ludzie podróżujący w ciężkich warunkach raczej w ten sposób nie rozmawiają, ale nie to jest tu najważniejsze. 



Najważniejszy motyw  to ten, że po swoim nawróceniu i uwierzeniu w Boga (?), który go uratował, Eric jest dalej tak samo daleko od ateisty, jak i od katoliczki. Jest idealnym ,,produktem" współczesnego indeferentyzmu religijnego, którego nawet cud nie może skłonić do konkretnej, niezachwianej wiary. Dla niego rozwiązania typu ,,wierzyć, nie wierzyć, wykazują tendencję do kategorycznych sądów" (s. 164).  I wydaje mu się, że tego typu wiara nie znosi wątpliwości i rozwoju, zupełnie jakby historia chrześcijaństwa nie składała się właśnie głównie z wątpliwości i rozwoju. Eric przejawia typowe myślenie posoborowe. Z jednej strony, mimo doświadczonego cudu, zachowuje sceptycyzm co do wiary katolickiej, podchodzi do niej jak do jeża, z drugiej strony, jeszcze przed zaginięciem okazuje znacznie większy szacunek pustynnym wierzeniom muzułmanina Abajghura. A przecież to właśnie islam nie znosi żadnych wątpliwości i jest obecnie religią najbardziej nieufną, czy wręcz wrogą filozofii. W ogóle Abajghur jest w tej książce postacią najbardziej pozytywną, tolerancyjną, pomocną i nie stroni od wspólnej modlitwy z kimś, kto nie modli się w ramach żadnej religii (!). Jego książkowa kreacja jest bardzo piękna i postać budzi szacunek oraz sympatię, ale wydaje się mało realna, jakby zbyt wyidealizowana. Jednak trzeba oddać autorowi sprawiedliwość, gdyż sam zdając sobie trochę sprawę z braku równego dystansu pyta Segolene, mając na myśli stosunek naukowców ateistów do niej i do Abajghura: ,,Zadaj sobie pytanie dlaczego, Ty, chrześcijanka, przeszkadzasz im bardziej niż on, muzułmanin?",  czym ukazuje w jednym zdaniu pewien, ogólnej natury, problem współczesnego Zachodu wart głębszych rozważań.

Warto zwrócić uwagę na różnicę między oboma kluczowymi nawróceniami: Erica oraz bohatera filmu, który postaci występujące w powieści mają zamiar kręcić, Karola de Foucauld. Eric, tuż po nawróceniu, już zaczyna wątpić i szukać naukowych wyjaśnień dla cudu, który go uratował. Karol, po słowach swojego spowiednika, które brzmiały: ,,Na kolana!" ,,Wyznaj swoje grzechy" i w końcu: ,,Przyjmij komunię świętą!", po prostu to zrobił, po czym udał się na pustynię nawracać innych, ułożył piękną modlitwę o wsparcie, pomagał ludziom i poświęcił resztę życia na szerzeniu wiary wśród Tuaregów. A wcześniej był żołnierzem i hulaką, a nie spokojnym filozofem, jak Eric. 

Karol de Foucauld

Książka jest zatem bardzo dwuznaczna, co czyni ją bardzo współczesną. Mamy bowiem oczyszczającą moc pustyni, motyw od wieków goszczący na kartach rozmaitych pism, cud, nawrócenie w obliczu śmierci, z drugiej zaś strony bohater, jak tylko trochę ochłonął zaczął stwarzać sobie, trochę na siłę, dystans do religii, by dalej móc wątpić i nie wydawać "kategorycznych sądów". Dodatkowo nie chciał opowiedzieć o swoim cudownym uratowaniu współtowarzyszom, bo bał się, że taka opowieść byłaby niedzisiejsza, ,,nieznośna i niestosowna" (s. 143). To pokazuje jak bardzo Schmitt przesiąknięty jest myśleniem modernistycznym, co nie zmienia faktu, że jego książka jest dziełem bardzo istotnym i wartym przeczytania, choćby dlatego by takie zależności i tendencje zauważyć.

Dodatkowym atutem jest język. Jako, że jak wspomniałem, była to moja pierwsza lektura Schmitta, muszę przyznać, że niektóre zdania są perełkami i nawet jeśli kogoś nie zainteresuje motyw nawrócenia, pustyni, zderzenia kultur, czy rozważań filozoficznych, powinien i tak sięgnąć po tą pozycję.  ,,Po mojej lewej stronie nosy pochrapywały ukradkiem" oraz ,,Na ziemi nie brak okazji do zadziwienia się, brak natomiast zadziwionych" - choćby te dwa przykłady, jeden humorystyczny, drugi rodzący poważne pytania filozoficzne, mogą zachęcić do lektury, każdego kto ceni książki, które zarówno zmuszają do myślenia, jak i wywołują uśmiech na twarzy. 


poniedziałek, 28 listopada 2016

Za co oni ginęli? - recenzja książki Ks. Jana Badeniego SJ

Ostatnio otrzymałem od wydawnictwa Prohibita książkę ks. Jana Badeniego SJ pt. ,,Angielscy Męczennicy Reformacji". Jest to wznowienie dziełka z 1901 roku, które wówczas nosiło tytuł ,,Błogosławieni męczennicy angielscy".  Już sama postać autora jest wielce ciekawa. Ksiądz Badeni był prowincjałem Jezuitów w Galicji, swoją pracę duszpasterską i misyjną poświęcił działaniom społecznym, zakładał kółka robotnicze, spółdzielcze i rzemieślnicze. Utworzył również wspólnotę misyjną dla polskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Oprócz tego pisał liczne książki, między innymi biografię świętych Stanisława Kostki i Ignacego Loyoli, historię ruchu ludowego w Galicji oraz właśnie recenzowaną tutaj opowieść o męczennikach angielskich. Sam również doczekał się ciekawej i obszernej biografii autorstwa Andrzeja Pawła Biesia, wrocławskiego jezuity i historyka. 


Tematyka reformacji w Anglii i bardziej ogólnie czasów tudoriańskich, staje się ostatnio w Polsce coraz bardziej popularna. Zainteresowanie tym okresem zaczęło na pewno skokowo rosnąć od czasów emisji ciekawego, aczkolwiek nie pozbawionego błędów historycznych serialu Dynastia Tudorów.  Pojawiły się już zatem książki dotyczące czasów wcześniejszych i dynastii Plantagenetów, biografie Henryka VIII, a nawet ewidentnie zainspirowany serialem, ciekawy magazyn i serwis internetowy http://www.tudorowie.pl/, popularyzujący wiedzę na temat słynnej dynastii i jej czasów. 
Wśród tej tudoromanii marginalizowany był jednak często wątek opozycji wobec zmian, jakie wprowadzał Henryk i jego następcy. Ze zrozumiałych względów byłą to głównie opozycja katolicka i to właśnie jej czołowym postaciom poświęcona jest książka Badeniego. Choć napisana ponad 100 lat temu i mająca formę apologetyczną, nie traci nic na aktualności. Ba, nawet właśnie dzięki temu, iż powstała w czasach wolnych od modernizmu i indeferentyzmu religijnego (a ściślej w czasach, gdy te nurty jeszcze nie dominowały), jej wydźwięk jest tak aktualny i trafia w sedno problemu. 



Nie jest to oczywiście książka naukowa. Jeśli chcemy rozeznać się, przynajmniej wstępnie w tematyce reform religijnych, doktryn powstającego anglikanizmu i dziejów opozycji katolickiej warto sięgnąć później po dostępną na polskim rynku choćby ,,Myśl polityczną reformacji i kontrreformacji. Tom I. Rewolucja Protestancka"    profesora Adama Wielomskiego, w  której to książce znajduje się obszerny rozdział poświęcony formowaniu się anglikanizmu. Również w książkach Ryszarda Mozgola ,,Białe Karty Kościoła" i w pierwszym tomie ,,Christianitas" znajdziemy ciekawe rozdziały na temat tego, co wydarzyło się na Wyspach w XVI wieku. Warto też sięgnąć po artykuł Mariusza Matuszewskiego ,,Z dziejów oporu wobec reform religijnych Henryka VIII", opublikowany w czasopiśmie ,,Pro Fide Rege et Lege" 1/2012.  

Książka Badeniego może być doskonałym wstępem do takich poszerzonych badań. W pierwszym rozdziale galicyjski ksiądz analizuje pokrótce historię ofiar reformy Henryka VIII.
Do stolicy apostolskiej jesteśmy przywiązani tak bardzo, że dla potwierdzenia tego nie sposób nigdy uczynić zbyt wiele - tak pisał tenże Henryk na kilka lat przed swoją przemianą.
Cytat ów, z całą wyrazistością uwidacznia, że pozycja katolicyzmu na Wyspach Brytyjskich była bardzo silna i umocowana na wszystkich poziomach społecznych[1]. Był to okres ożywionej pobożności, zarówno indywidualnej, jak i wspólnotowej. Istniały liczne bractwa, gildie i stowarzyszenia zakotwiczone w sferze religijnej, a poziom powołań kapłańskich, którym często mierzy się religijność danej społeczności, mocno wzrastał[2]. O sile katolicyzmu świadczą też fakty, że przeciwko późniejszym, odgórnym próbom konwersji państwowej wybuchły aż trzy powstania ludowe[3], optująca za katolicyzmem królowa Katarzyna Aragońska cieszyła się wielkim poważaniem poddanych, a wstąpienie na tron jej córki, Marii Tudor i chwilowa rekatolicyzacja państwa spotkało się z olbrzymim entuzjazmem społecznym. 


Przytoczmy też drugą istotną sprawę, wynikającą z cytowanych słów Henryka VIII, a mianowicie paradoks jaki towarzyszył od samego początku katolicyzmowi angielskiemu i jego reakcji na reformy wyznaniowe. Polegał on na tym, że elita władzy, wraz z królem na czele, będąca z początku najbardziej zagorzałym przeciwnikiem wystąpienia Marcina Lutra, ostatecznie sama dokonała radykalnej przemiany religijnej, pod wpływem zarówno czynników systemowych, doktrynalnych, jak i osobistych, których roli w historii również nie należy lekceważyć. Henryk Tudor, w reakcji na pierwsze dzieła Lutra, napisał w 1521 roku traktat teologiczny o obronie siedmiu sakramentów zatytułowany Assertio Septem Sacramentorum[1]. Nie było to głębokie dzieło z zakresu teologii, jednakże prezentowało  w swojej treści spójną, wierną nauczaniu papieskiemu i katolickiej tradycji, wykładnię myślenia o sakramentach i podstawach rzymskiej wiary. Za ten traktat Papież Leon X uhonorował Henryka wielce prestiżowym tytułem ,,Obrońca Wiary”, który (znów paradoksalnie) do dziś figuruje w oficjalnej tytulaturze monarchii brytyjskiej. Niektórzy historycy przypisywali autorstwo Assertio Septem Sacramentorum kanclerzowi i słynnemu myślicielowi Tomaszowi Morusowi (ang. Thomas Moore), jednakże moim zdaniem jest to mało prawdopodobne, gdyż ten sam Morus, który później został przez Henryka VIII skazany na śmierć za obronę katolicyzmu i odmowę przyjęcia Aktu Supremacji[2], protestował przeciwko istotnym fragmentom traktatu. Twierdził on bowiem, że zbytnie zbliżanie się do Watykanu i uległość wobec papieża może nie leżeć w interesie Anglii, gdyż papież jest również władcą świeckim i pewnego dnia Anglia może się znaleźć z nim, jako państwo, w stanie wojny. Powoływał się w tym wypadku na casus Hiszpanii, która w takiej sytuacji się niejednokrotnie znalazła i wtedy papieże wysuwali argument o wyższości władzy piotrowej nad świecką, zmuszając hiszpańskich władców do ustępstw. Na te zarzuty Morusa Henryk odparł właśnie owym słynnym cytatem. Ta skomplikowana i paradoksalna sytuacja była niejako aktem założycielskim nowego, kontrreformacyjnego katolicyzmu angielskiego, który w późniejszych czasach bardzo często odwoływał się do tych wydarzeń, a i sam paradoks jako motor napędowy rozważań angielskich myślicieli katolickich zdobył sobie jedną z czołowych pozycji, tak wyróżniających styl brytyjski od niejednokrotnie napuszonego i pompatycznego stylu łacinników francuskich, czy hiszpańskich.  

Badeni analizując reformę Henryka również zauważa powyższe uwarunkowania i podkreśla przede wszystkim skalę przemocy i zniszczeń dokonaną na katolikach przez króla. Przed reformacją Henryk skazał bowiem na śmierć zaledwie dwóch przestępców, po odejściu od katolicyzmu wydał osobiście 750 (!) wyroków śmierci a wszelkie jego działania odwetowe i reformacyjne pochłonęły blisko 60.000 ofiar, co jak na tamte czasy jest liczbą ogromną. I to właśnie jemy należałby się przydomek ,,Krwawy Hall" a nie córce Marii, której elżbietańska propaganda ową ,,krwawość" przydała, podczas gdy Maria w porównaniu z Henrykiem, czy Elżbietą to nieomal wcielenie łagodności. 


Badeni podkreśla także siłę woli i niezłomność z jaką Fischer czy Thomas Moore stawali na szafocie, mimo iż wielokrotnie mogli uratować życie wypowiadając jedno zdanie uznające Henryka za głowę Kościoła w Anglii. Ta nieprzejednana wiara i oddanie papieżowi, katolicyzmowi i Rzymowi jest niejako motywem przewodnim książki. W jej głównej części autor bada bowiem żywoty najsłynniejszych męczenników ery elżbietańskiej: Edmunda Campiona, Aleksandra Brianta i Tomasza Cottama. Wszyscy oni prowadzili aktywne prace duszpasterskie na terenie protestanckiej Anglii, ukrywając się, podróżując, pisząc książki i odezwy, odprawiając msze i utwierdzając w wierze prześladowanych katolików. Jednocześnie od papieża dostali ścisłe przykazanie, by w ogóle nie mieszać się w sprawy polityczne i we wszelkich sprawach poza religijnych uznawać legalną władzę królowej Elżbiety. Badeni opisując te wydarzenia zdecydowanie obala mit ,,papistowskiego" spisku wymierzonego w królową, o jaki właśnie oskarżani byli praktycznie wszyscy katoliccy księża i zakonnicy i za tenże rzekomy spisek zostali skazani na śmierć. Autor udowadnia, że w rzeczywistości zginęli oni tylko i wyłącznie za wiarę, gdyż prześladowcy, władze i wreszcie kaci wielokrotnie ofiarowali im łaskę, jeśli wypowiedzą to jedno, jedyne zdanie, którego wypowiedzieć nie chcieli także Fischer i Moore.  
Okropnie torturowany Campion uznał Elżbietę za królową, ale na pytanie, czy uznaje ją również za głowę Kościoła odparł: Jestem anglikiem, ale przede wszystkim katolikiem i chrześcijaninem. W rzeczach kościelnych i duchownych słucham władzy duchownej.  W okrutnej zemście Campiona poddano dalszym torturom a żeby dodatkowo go ośmieszyć, wezwano go na debatę, jakże przypominającą niektóre dzisiejsze, medialne lincze. Osłabionego torturami i ledwo trzymającego się na nogach, postawiono go przed całym kolegium uczonych doktorów protestanckich, obłożonych księgami i cytatami. Miał on bronić przed nimi tez swojego dzieła O dziesięciu przyczynach. Podczas gdy był na wolności wielokrotnie wzywał protestanckich uczonych na dysputy i debaty ale zawsze wykazywali się tchórzostwem w obliczu jego krasomówstwa i wiedzy i na ani jedną się nie stawili. Dopiero mając go przed sobą umęczonego, uznali, że w takim stanie łatwo go ośmieszą. Jakże się przeliczyli - pisze Badeni! Wzywany trzykrotnie, za każdym razem pokonywał na argumenty swych adwersarzy, do tego stopnia ich wgniatając w ziemię, że sami uznali swoją porażkę oddając Campiona z powrotem na tortury.  
Wszyscy główni bohaterowie książki wykazywali się podobną postawą. W obliczu prześladowań, tortur, znęcania się psychicznego, do końca pozostawali wierni Rzymowi i katolicyzmowi. Po procesie, który był farsą, nawet w oczach niektórych sędziów, skazano wszystkich na śmierć. Uratował się tylko niejaki Bosgravius, ale nie dlatego, że się złamał, tylko dlatego, że wstawił się za nim sam król Rzeczypospolitej Stefan Batory. A jak Stefan się przy czymś uparł, to nawet Elżbieta musiała ustąpić. Smutne w tym kontekście wydaje się też to, że za przyszłymi męczennikami wstawił się tylko król Polski i poseł Hiszpanii, natomiast proszony o wstawiennictwo Jean Bodin, reprezentant jakoby ,,najstarszej córy Kościoła" Francji, odrzekł szorstko: ,,nie przyjechałem tu w sprawach religijnych" .
św. Edmund Campion
Postawieni wreszcie przed szafotem, znów otrzymali szansę na wolność i życie. Musieli TYLKO wyprzeć się swojej wiary. Wszyscy solidarnie odmówili. Badeni daje swoją książką świadectwo niezłomności, ale moim zdaniem ważniejsze pytanie nasuwa się po lekturze tej krótkiej książeczki: czym jest ekumenizm? Czy Campion i towarzysze zrozumieli by współczesny ekumenizm. Wątpię. Zapewne uznaliby, że jest on grzechem przeciwko miłości bliźniego, gdyż pozwalając na błąd skazujemy dusze braci na wieczne potępienie. Tak zresztą postrzegała ekumenizm tradycyjna nauka Kościoła. Prawdziwym ekumenizmem było nawracanie a nie dialog lub wspólna modlitwa. Zresztą w tej kwestii Campion odpowiedział jednoznacznie, stojąc już pod szubienicą. Zawołano do niego: - przynajmniej pomódl się wspólnie z nami!  - Nikomu modlić się nie zabraniam, ale skoro nie wyznajemy tej samej religii, trudno żądać, abyśmy wspólnie mieli się modlić. - tak odrzekł, deklarując jednocześnie, że będzie modlił się ZA swoich prześladowców a nie Z nimi. Widzimy zatem wyraźnie i możemy sobie wyobrazić, jak zareagował by św. Edmund widząc współczesnego papieża całującego Koran, lub odprawiającego modły z buddystami. 

Książka jest zatem zarazem smutna, jak i wesoła. Pokazuje bowiem straszne prześladowania, ale i nieugiętą postawę wobec nich. Sprawia, że widzimy jak daleko odszedł Kościół posoborowy od Kościoła poprzednich 2000 lat. Pocieszeniem jednak jest to, że zarówno wtedy, jak i dziś istnieli ludzie, którzy w różnych zakątkach świata oddawali życie za wiarę, czym zyskiwali szacunek nawet swych oprawców i przyczyniali się do wielu nawróceń. To ofiara Campiona i jemu podobnych sprawiła, że anglikanizm zaczął w końcu powracać do Rzymu. Newman, Bellock, Chesterton i Lewis to duchowe dzieci męczenników reformacji.



[1] Luter zresztą bardzo szybko odpowiedział Henrykowi w swoim stylu (czyli głównie za pomocą inwektyw  i przekleństw), nazywając angielskiego władcę ,,królem kłamstw” i ,,przeklętym, zgniłym robakiem” – P. Ackroyd, The History of England, vol. II.  Tudors, McMilan, Londyn 2012, s. 29

[2] Akt Supremacji, to stworzony przez króla i przyjęty przez Parlament dokument, przyznający Henrykowi władzę religijną i niezależność od papieża.


 


[1] E. Duffy, Saints, Sacrilege and Sedition. Religion and Conflict in the Tudor Reformations, Continuum, Bloomsbury 2012, rozdział I pt. Reformation, Counter-reformation and the English nation

[2] Tamże, rozdział I; G. Kucharczyk op. cit., s. 379; T.E. Bridgett, History of the Holy Eucharist in Great Britain, Keagan Paul, Londyn 1881,  223-237


[3] 1536, 1549. 1569



czwartek, 17 listopada 2016

Polska jest, była i będzie częścią ,,Christianitas" - recenzja książki G. Kucharczyka

Jedną z nowości wydawnictwa  Prohibita  jest druga część książki Grzegorza Kucharczyka ,,Christianitas". Pierwsza część, o której pisałem już na blogu, nosiła podtytuł ,,Od rozkwitu do kryzysu", nowa zaś książka dotyczy głównie tematyki polskiej a w podtytule widnieje złowrogie ,,Między Niemcami a Rosją". Nasze trudne położenie geopolityczne jest osią przewodnią najnowszej publikacji znanego historyka. 

 Kucharczyk analizuje dzieje tego sąsiedztwa, umiejscawiając je jednak w szerszym kontekście przynależności Polski do tytułowego Christianitas, wpływu chrześcijaństwa na naszą historię, roli jaką przyszło odegrać naszej ojczyźnie w europejskiej wspólnocie chrześcijańskiej oraz problemów z jakimi przyszło się mierzyć Polsce z powodu wierności Rzymowi. Podobnie jak pierwsza część, książka ta nie ma ciągłej narracji lecz jest zbiorem artykułów podzielonych tematycznie na sześć części (niektóre z artykułów ukazywały się wcześniej np. w czasopiśmie Polonia Christiana).

W pierwszej części autor poświęca uwagę głównie powstaniu styczniowemu i jego późniejszej recepcji. Stawia tutaj ciekawą tezę, że gloryfikowany często przez konserwatystów hr. Aleksander Wielopolski wcale nie był realistą! Skąd taka ocena osoby, która właśnie za ów słynny realizm była przez jednych chwalona, przez innych potępiana i oskarżana o zdradę? Kucharczyk twierdzi, że założenia co do szkodliwości wybuchu powstania, poczynione przez Wielopolskiego były słuszne, jego polityka małych kroków, polegająca na zdobywaniu u jednego z zaborców (Rosji) coraz to nowych ustępstw dla Polaków, również miała jak największy sens. Gdzie zatem pojawił się ,,błąd w obliczeniach", który sprawił, że cały plan Wielopolskiego okazał się nierealistyczny? Otóż, twierdzi autor, margrabia nie wziął pod uwagę postawy Polaków i ich uczuć, a te były w przeważającej większości pro-insurekcyjne.  Słusznie doceniany zatem przez konserwatystów za nie uleganie uczuciom i romantyzmowi w polityce, sam owych realnie występujących uczuć nie wziął pod uwagę. Kucharczyk pokazał ów paradoks w sposób godny Chestertona.

W pierwszej części prof. Kucharczyk przedstawia też skutki powstania z 1863 roku, widząc nie tylko jego negatywne strony, takie jak anty-polskie represje, przyspieszenie rusyfikacji, zastopowanie reform, czy wreszcie najbardziej groźne - zbliżenie Rosji z Prusami. Jako pozytywny skutek autor widzi wpływ powstania na świadomość państwową Polaków, twierdząc, że ,,wychowało" ono zarówno obóz sanacyjny, jak i endecki, bez względu na to jak oba ośrodki powstanie później oceniały. Rok 1863 zrodził w przyszłych, państwowotwórczych elitach, niepokorną i nieustępliwą postawę niepodległościową, bez której trudno byłoby o sukces 1918 roku.  Oprócz rozważań na temat skutków powstania znajdziemy w tym rozdziale też ciekawe omówienie recepcji styczniowej insurekcji w historiografii PRL oraz porównanie elit i sposobów budowania niepodległości w czasach II i III RP.

Druga część poświęcona jest tematyce 1000-lecia chrześcijaństwa w Polsce, a konkretnie historii obchodów millenium w Polsce komunistycznej i starcia państwa, chcącego całkowicie zlaicyzować rocznicę z Kościołem, który pod wodzą kardynała Wyszyńskiego kontratakował ,,akcją" modlitewno-formacyjną pt. Wielka Nowenna. Brzmi sensacyjnie? Żadna sensacja nie jest tak ciekawa jak historia, zwłaszcza historia państwa, które od ponad 1000 lat przynależy do wielkiej wspólnoty Christianitas i jako jedno z nielicznych jest wciąż wierne (przynajmniej po części) owemu dziedzictwu.

W trzeciej części Kucharczyk analizuje postawę tzw. lewicy laickiej (i katolickiej) wobec katolicyzmu w Polsce i de facto wykazuje, że rewizjonistyczne lub katolickie w zamierzeniu czasopisma, takie jak ,,Po Prostu" czy ,,Tygodnik Powszechny" były de facto główną tubą laicyzacji, modernizmu, posoborowego indyferentyzmu i ,,religii" postępu. Warto w tym miejscu przywołać opinie autorów ,,Po Prostu", które wcale dalece nie odbiegają od dzisiejszych antyklerykalnych wystąpień tzw. Nowej Lewicy. Pisano wówczas między innymi, że ,,katolickie pojęcie osoby jest narzędziem kontrrewolucji" (konstatacja słuszna i ze wszech miar pozytywna, tylko zapewne intencja autora była zupełnie inna), lub że ,,katolicki personalizm służy umocnieniu kapitalizmu" (ta sama sytuacja co wyżej:). Przywoływano, jakże modny dzisiaj wśród ,,młodych, wykształconych, z wielkich miast" stereotyp zacofanej, katolickiej wsi (,,pokolenie starych kobiet w chustach") i przeciwstawiano mu modernizacyjną rolę dziejową Polski Ludowej, tak jak dziś przeciwstawia się modernizacyjną rolę tzw. Polski Nowoczesnej i Europejskiej. Krytykowano ekspansję fideizmu (czyżby autorzy mieli na myśli jakąś formę agresywnego luteranizmu?), ,,znieczulającą" rolę chrześcijaństwa, a stalinizm potępiano nie za jego zbrodnie, lecz (sic!) za to, że stalinowski terror wzmocnił rolę Kościoła i przyczynił się do zjednoczenia uciskanego narodu z Rzymem.  Kucharczyk, analizując prasę z kręgu lewicy laickiej nie zapomina oczywiście o Gazecie Wyborczej, której poświęca osobny tekst, będący zwięzłym podsumowaniem tez, które autor przedstawił w swojej książce pt. Strachy z Gazety. Mamy tu zatem omówienie typowej propagandy GazWybu ze straszeniem autokracją, nacjonalizmem, ,,zagrożeniem integrystycznym" oraz polskim ,,obskurantyzmem". Jest też ciągle przewijający się motyw, który stanowi chyba sedno i sens istnienia tychże środowisk, czyli cnieustanne ,,drżenie o demokrację". Część trzecią kończy autor wyważoną (jak dla mnie zbyt wyważoną) krytyką ,,Tygodnika Powszechnego", który pismem katolickim był (jest) chyba tylko w umysłach jego autorów, tworzących wąską i właśnie fideistyczną sektę modernizmu, skrajnie nietolerancyjną dla wszystkiego co nie postępowe, zachłyśniętą Hansem Kungiem, późnym Maritainem, i de Chardinem. 

Następne trzy części książki również dotyczą Polski, ale w kontekście bardziej międzynarodowym i są według mnie znacznie ciekawsze (nie umniejszając nic rozdziałom opisanym wyżej), dotykają bowiem bardzo istotnych problemów doktrynalnych, geopolitycznych i ideowych, aktualnych również i w dzisiejszym momencie historii. Rozdział Niemcy i Rosja - razem i oddzielnie przeciwko Polsce zawiera między innymi arcyciekawą historię pruskiej i niemieckiej propagandy anty-polskiej. Według autora miała ona swój początek już na soborze w Konstancji, gdzie Jan Falkenberg dowodził, iż Polacy są łże-chrześcijanami i należy ich wytępić. Następnie w XVI wieku do kanonu niemieckich powiedzeń weszło to, jakże znamienne powiedzenie: Od Włochów dzielą nas Alpy, od Francuzów - rzeki, od Anglików - morze, od Polaków - tylko nienawiść. Niechęć do Rzeczypospolitej nie przeszkadzała Prusakom w cynicznym ,,podlizywaniu" się Polakom, kiedy Ci byli jeszcze silniejsi od dopiero rosnącego w potęgę państwa pruskiego. Fałszywemu schlebianiu towarzyszyły jakże prawdziwe pieniądze, które otrzymywali członkowie polskich elit, by zachęcić ich do wspierania sprawy pruskiej w sejmie (podobny mechanizm działa pewnie i dziś).

Jawna i coraz bardziej agresywna anty-polska propaganda zaczęła się wraz z wstąpieniem na tron króla-filozofa, czyli Fryderyka II, zwanego przez oświeceniowców, socjalistów, a później i nazistów, Wielkim. To właśnie ów pruski militarysta i antyklerykał rozpoczął zbliżenie z Rosją, którego celem było całkowite wyeliminowanie ,,polskich dzikusów", których Fryderyk nazywał ,,Irokezami". Oczywiście zanim uda się ,,Irokezów" wyeliminować, należy ich ucywilizować, a najlepiej dokonać tego poprzez przyłączenie Polski do Niemiec, gdyż przecież ,,dzikusy" nie są w stanie poradzić sobie z własną państwowością. Najśmieszniejsze w tej tragedii było to, że w polskich kręgach oświeceniowych Fryderyk II miał wielu zwolenników (podobnie jak później nie brakowało entuzjastów Stalina), wśród których brylował jeden z największych szkodników polskiej państwowości i edukacji Hugon Kołłątaj, dla niepoznaki zwany księdzem. Pisał on o Prusakach, jako o ,,narodzie z krwi naszego narodu", a Fryderyka nazywał ,,krwi jagiellońskiej dziedzicem".  Oczywiście takowe podlizywanie się nie czyniło na Prusakach/Niemcach wrażenia (tak jak nie czyni i dziś), a anty-polska retoryka tylko się nasilała. Prym w tej dziedzinie wiódł Georg Forster, którego Kucharczyk czyni (słusznie) protoplastą propagandy nazistowskiej, on to bowiem wprowadził do obiegu i spopularyzował określenia typu ,,polska świnia" i ,,polski knur". Pogarda dla Polaków sięgnęła takiego pułapu, że niemiecka prasa bez ogródek pisała iż, ,,Polak to najgorsza, najbardziej godna pogardy, najpodlejsza, najgłupsza, najbardziej plugawa kreatura pośród wszystkich małp".  Widzimy zatem, co świetnie dokumentuje Kucharczyk, że Goebbels i Himmler mieli się od kogo uczyć, zwłaszcza, że w takowej retoryce wtórowali Niemcom ich nowi przyjaciele w nienawiści do Polski - bolszewicy.  Z tej części książki dowiemy się także, jak Niemcy próbowali walczyć z Matką Boską wysyłając batalion piechoty, oraz poznamy kilka ciekawostek na temat zbliżenia Republiki Weimarskiej z bolszewicką Rosją. O tym zbliżeniu (w postaci traktatu z Rapallo),  Jan Dąbski, polski dyplomata odpowiedzialny za traktat pokojowy po wojnie polsko-bolszewickiej, mówił, że to najgorsza konstelacja, jaka mogła się przydarzyć. Miał oczywiście rację, ale też sam Dąbski był najgorszym negocjatorem, jaki mógł nam się przydarzyć. To głównie na nim spoczywa odpowiedzialność za fatalnie wynegocjowany traktat ryski. Warto w tym miejscu dodać, że demokratyczna Republika Weimarska, z laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, Gustavem Stresemannem na czele, również uważała Polskę za ,,państwo sezonowe", a sam szacowny laureat pisał, że ,,egzystencja Polski jest nie do zniesienia" i ,,Polska musi zniknąć i zniknie". W tej, najciekawszej, części książki znajdziemy też bardzo trafne podsumowanie koncepcji Mitteleuropy, która również i dziś jest motywem przewodnim niemieckiej polityki zagranicznej.


Przedostatnia część opowiada o rozmaitych odcieniach socjalizmu, gdzie najbardziej interesujący wydaje się podrozdział poświęcony Engelsowi. Kucharczyk potwierdza tezę Erica von Kuehnelt-Leddihna, że jeden ze współtwórców komunizmu, był też czołowym przykładem zjawiska, które dziś określamy mianem ,,lewicy kawiorowej". Zamożny, żyjący z odsetek od kapitału, zajmujący się głównie rozrywkami typowymi dla arystokracji, czyli polowaniami i  jazdą konną, nie był i nie jest wiarygodny jako obrońca uciśnionych. Pisząc do Marksa z Manchesteru, zamartwiał się nie losem ludu, tylko tym, że ,,przez ostatnie sześć miesięcy nie miał ani jednej okazji, by zrobić użytek ze swojej umiejętności przyrządzania sałatek z homara". Innym razem chwalił się, że jego ,,stary dał mu pieniądze na kupno nowego konia". Engels, jak wielu socjalistów dawnych i dzisiejszych po prostu gardził prostymi ludźmi, zwłaszcza tymi biednymi i mniej zaradnymi. Gardząc poszczególnymi ludźmi gardził też całymi narodami. O Irlandczykach pisał, że ,,są niewiele lepsi od dzikusów" (w dodatku uzasadniał to ich POŁUDNIOWYM charakterem!) , Polaków nazywał ,,świniami". Naśmiewał się z Meksykanów, że ,,nie wiedzą co zrobić z Kalifornią", gardził Żydami, a nawet innymi socjalistami, nazywając Ferdynanda Lassalle'a ,,Żydowskim Murzynem".  Za pogardą szło przyzwolenie na eksterminację, gdyż Engels bez ogródek przyznawał, że za eliminacją klas wyzyskujących musi iść ogólne ludobójstwo, które jest logicznym następstwem walki klas. Współczesna ,,kawiorowa lewica" nie polubiłaby też Engelsa za jego stosunek do gejów, o których pisał: ,,pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłe w państwie" i miał nadzieję, że nie dożyje czasów, gdy homoseksualizm zostanie uznany przez prawo.
W tej części ciekawy jest również tekst omawiający analogie między narodzinami włoskiego faszyzmu a pokoleniem 68, gdzie entuzjaści obu rewolucji (faszyzm to ciągła rewolucja, jak mawiali zarówno Mussolini jak i D'Anunzzio) stawiali na młodość, drwili z pokolenia swoich rodziców, byli skrajnymi antyklerykałami, przeciwnikami własności prywatnej i fascynowali się Marksem. Jedni wskoczyli w wojskowe mundury, drudzy w garnitury posłów Europarlamentu, ale mentalnie niewiele ich różniło, a wręcz można wysnuć tezę, że dobrze się stało, iż Mussolini ewoluował w stronę faszyzmu, gdyż mógł stać się włoskim Leninem i pogrążyć kraj w komunistycznej dyktaturze, która (jak pokazuje historia innych krajów) byłaby znacznie bardziej krwawa niż operetkowy faszyzm włoski. 

W ostatniej części Kucharczyk wdaje się w kilka polemik (część zatytułowana ,,Polemiczne")  bardziej lub mniej udanych. W pierwszym tekście rozprawia się z szalonym romantyzmem J.M. Rymkiewicza, poety i prozaika, który z niewiadomych przyczyn kwalifikowany jest w Polsce do autorów prawicowych, choć dla mnie jest właśnie owym romantycznym szaleńcem (co nie zmienia faktu, że jak mało kto umie w Polsce operować słowem). Kucharczyk podsumowuje swój tekst o Rymkiewiczu, zdaniem iż woli Polskę Sienkiewicza niż Rymkiewicza, w której nie brakuje wolności, ale i rozsądku. Jak bowiem na konserwatystę przystało prof. Kucharczyk uważa, że fundamentem wielkości dawnej Rzeczypospolitej nie była li tylko wolność, ale także i ład. W innych tekstach polemicznych autor krytykuje ,,realizm" Piotra Zychowicza i Rafała Ziemkiewicza odnośnie możliwego sojuszu z III Rzeszą, ale czyni to moim zdaniem powierzchownie nie przedstawiając rozsądnej alternatywy.

Podsumowując - Christianitas. Między Rosją i Niemcami, jest świetnym dopełnieniem części pierwszej i ciekawą lekturą nawet dla kogoś bardziej obeznanego w dziedzinie doktryn politycznych, ideologii i historii. W dobie zaniku samego pojęcia Christianitas i w czasach, kiedy resztki cywilizacji Zachodu ustępują przed coraz bardziej horrendalnymi pomysłami z dziedziny politycznej poprawności, warto odświeżyć swoją wiedzę o korzeniach Polski i Europy i temu właśnie służą takie książki, jak ta autorstwa prof. Kucharczyka.


Książkę do recenzji otrzymałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Prohibita i księgarni internetowej Multibook.